Czy można obniżyć podatki?

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w październiku 2007 r.

Zagadnienie wcale nie jest takie proste, łatwe i jednoznaczne.

Olgierd Bagniewski

Podatki są obciążeniem, utrudniającym zarówno inwestycje przedsiębiorstwom, jak i pojawianie się oszczędności w gospodarstwach domowych. Sektor publiczny ma też większą skłonność do marnotrawienia środków od sektora prywatnego. I to są oczywiste prawdy.

Równocześnie nowoczesna gospodarka i zamożne społeczeństwo potrzebują coraz szerszego wachlarza wysokiej jakości usług ze strony państwa. Dotyczy to nie tylko bezpieczeństwa zewnętrznego, zapewnianego przez wojsko i wewnętrznego, zapewnianego przez policję i aparat sprawiedliwości, a w obu tych obszarach wyzwania stają się coraz droższe i bardziej skomplikowane. Również administracja wymaga nakładów – informatyzacji i wykwalifikowanych kadr, a działa w znacznie większej liczbie obszarów niż kiedyś, w tym takich jak ochrona sanitarna, dbałość o klimat, czy szerzej środowisko naturalne, regulację rzek. Obszary te wymagają gigantycznych nakładów, a nakłady te w bardzo niewielkim stopniu dają się pokryć ze źródeł niepublicznych. Do opinii publicznej dociera potrzeba wydatków na budowę dróg i tak często odmienianych w mediach autostrad, lecz jak dotąd więcej się rozprawia w tej dziedzinie, niż czyni. Budowa 314 km autostrad w latach 1990-2005, czy nawet oddanie w 2006 r. rekordowo aż 265,5 km nie jest wielkim osiągnięciem, gdy porówna się, że w latach 1933-39 w Niemczech wybudowano 2000 km autostrad.

Polskie społeczeństwo pomimo olbrzymiego skoku w poziomie dobrobytu wciąż do najbogatszych nie należy i jak szacuje się jedynie 250 tys. gospodarstw domowych, czyli 2,5% wszystkich cieszy się dobrobytem umożliwiającym samodzielny zakup usług medycznych, edukacyjnych czy kulturalnych. Wszyscy pozostali, aby móc z tych usług korzystać, w mniejszym lub większym stopniu muszą korzystać ze wsparcia środków publicznych. Szczególne znaczenie dla dobrobytu społeczeństwa i szans rozwojowych ma edukacja. Poza oczywistą funkcją przygotowywania wykształconych kadr dla potrzeb gospodarki jest ona najlepszą metodą przeciwdziałania bezrobociu, szczególnie jego najbardziej dolegliwej i negatywnej społecznie formie – permanentnemu i dziedzicznemu. To dzięki szeroko rozwiniętej edukacji kształcącej elastyczne, łatwo dopasowujące się do zmieniających się potrzeb gospodarki kadry można skutecznie unikać tej patologii. Uniknąć zaklętego kręgu: bezrobotny bo niewykształcony, niewykształcony bo bezrobotny. Tymczasem edukacja przygotowuje kadry nie najlepiej, o czym może świadczyć fakt, że w grupie młodych ludzi bezrobocie wynosi aż 40%. Równocześnie mniej niż 5% pracujących Polaków w 2005 r. uczestniczyło w jakichkolwiek kursach i szkoleniach.

Z punktu widzenia obecnych i przyszłych szans rozwojowych dobrze jest też przypomnieć, że nakłady na B+R w Polsce należą do najniższych na świecie, a na dodatek w 2006 r. były one niższe niż w 2000 r. co oznacza, że Polska nie inwestuje w nowoczesną gospodarkę. Nie można przy tym oczekiwać, by sprywatyzowany przemysł pozbawiony zaplecza naukowo-badawczego podjął znaczne wydatki w tej dziedzinie; jeżeli już, to na prace wdrożeniowe i upowszechniające. Bez wsparcia publicznego trudno liczyć na istotną poprawę nakładów na badania podstawowe i stosowane, czyli te, które tworzą potencjał rozwojowy kraju.

Z kolei z punktu widzenia oszczędności i możliwości zmian wewnątrz struktury wydatków budżetowych występują znaczne ograniczenia. 73% to wydatki „sztywne” – jakakolwiek ich próba obniżenia wymaga uregulowań ustawowych, co okazać się może politycznie i prawnie trudne lub niemożliwe, gdyż wydatki te dotyczą rent, emerytur czy świadczeń przedemerytalnych, zatem praw nabytych. Obciążenie wydatkami „sztywnymi”, na dodatek systematycznie waloryzowanymi ogranicza pole manewru wydatków „elastycznych” nakierowanych na finansowanie rozwoju (nauka, oświata, infrastruktura etc.), a nawet rodzi niebezpieczeństwo niewykorzystania części funduszy unijnych wymagających współfinansowania z krajowej kiesy.

Powabnym źródłem wpływów budżetowych wydawały się wpływy z prywatyzacji i rzeczywiście z tego źródła chętnie korzystano – w 1992 r. wpływy te wyniosły 300 mln zł, w 1996 r. 1,7 mld zł, 1997 r. – 8,7 mld zł, w 1999 r. – 13,3 mld zł, a w 2000 r. aż 24 mld zł. Lecz kij ma dwa końce! Po pierwsze, źródło zaczęło wysychać i pozostało już coraz mniej do sprywatyzowania. Po drugie, dochodów tych nie przeznaczono na inwestycje modernizacyjne, lecz za pośrednictwem funduszy społecznych – na konsumpcję, a to oznaczało faktyczne marnotrawstwo tych środków i zaprzepaszczenie znacznej części szans rozwojowych, jakie się pojawiły w związku z prywatyzacją gospodarki. Wreszcie wpływ z prywatyzacji jest jednorazowy, potem sprywatyzowane przedsiębiorstwa generują zyski dla swych nowych właścicieli, a kwoty te nie zasilają już budżetu. Na dodatek głównymi kupującymi prywatyzowane przedsiębiorstwa były podmioty zagraniczne, co powoduje, że zyski nie zostają reinwestowane w naszym kraju, lecz transferowane zagranicę, co ogranicza możliwości akumulacyjne gospodarki jako całości. Skala transferowanych z tego tytułu kwot jest już bardzo znaczna, gdyż większa od budżetu NFZ.

Rozgłaszającym wszędzie postulat obniżania podatków winno się przypomnieć, że w wysoko rozwiniętych krajach zachodniej Europy – prawda, że w większości państwach opiekuńczych – wpływy budżetowe, w ramach których główną pozycją są podatki, stanowią ponad 40% PKB, tymczasem w Polsce w 1990 r. stanowiły 34% PKB, w 1994 r. 29%, lecz od 1995 r. rozpoczął się gwałtowny spadek tego wskaźnika. W 1995 r. spadł on do 23%, a w 2004 r. nawet do 17,7%. W 2007 r. dochody budżetu mają wynosić 20% PKB co jest w warunkach rosnącego PKB pewną poprawą, aczkolwiek wciąż nie jest to stan zadowalający.

Rozważania te dedykuję wszystkim tym, którym na sercu leży dobrobyt i rozwój Rzeczypospolitej, by zbyt bezrefleksyjnie nie szafowali hasłem ograniczania podatków, bo wydaje się ono długofalowo nierealne, a jeszcze bardziej bezzasadne. Zastanówmy się raczej, jak można obciążenia podatkowe lepiej wykorzystać dla finansowania i stymulowania rozwoju, starając się zarazem eliminować marnotrawstwo grosza publicznego.

Ile komu?

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w październiku 2007 r.

Rozwój gospodarki jest stabilny, gdy ze wzrostu produktywności korzystają zarówno przedsiębiorcy, osiągając większe zyski, jak i gospodarstwa domowe, mogąc pozwolić sobie na wzrost konsumpcji. W Polsce w ostatnich latach konsumpcja indywidualna gospodarstw domowych rosła zbyt wolno i teraz potrzebna jest korekta.

Andrzej Góralczyk

Gdy obserwuje się gospodarkę przez długi czas, np. przez okres 20-30 lat, jej zachwiania widać jako chwilowe zakłócenia pojawiające się na drodze stabilnego rozwoju. Na podstawie takich obserwacji ekonomiści stwierdzili[1], że w stabilnie rozwijającej się gospodarce m. in.:

  • produkcja w przeliczeniu na jednego pracownika (produktywność) rośnie w tempie stałym lub lekko rosnącym,
  • kapitał w przeliczeniu na jednego pracownika rośnie w czasie,
  • stopa zwrotu z kapitału jest prawie stała,
  • udział kapitału i pracy w dochodzie netto jest prawie stały,
  • stopa wzrostu w różnych krajach jest różna.

Nie tylko przetarg polityczny

Powyższe stwierdzenia stanowiły do niedawna – i w wielu krajach nadal stanowią – podstawę racjonalnej polityki społeczno-ekonomicznej, która w trosce o stabilność rozwoju gospodarki dopuszcza tylko niewielkie i powolne zmiany podziału dochodu narodowego pomiędzy kapitał i pracę. Oczywiście w krótkiej perspektywie czasu nie zawsze udaje się spełnić ów wymóg, z różnych powodów. Przykładem może być Norwegia, której system energetyczny, oparty w dużym stopniu na elektrowniach wodnych, został kilka lat temu sparaliżowany na długie miesiące przez wyjątkowo ostrą zimę. Wcześniej gospodarka sąsiedniej Finlandii doznała ciężkiego szoku na skutek nieomal całkowitego zaniku eksportu do Rosji, który wcześniej dawał jej ok. 60% dochodu narodowego. Jednakże w okresach wolnych od szoków proporcje podziału dochodu narodowego zmieniają się nieznacznie i powoli.

Według rozpowszechnionego poglądu proporcje w jakich dochód narodowy dzieli się na zyski przedsiębiorców i płace pracowników (czy szerzej: konsumpcję indywidualną) to rezultat przetargu politycznego. Powiada się na przykład, że gdy nacisk reprezentacji pracowników na politykę dominuje nad naciskiem przedsiębiorców, zarobki i konsumpcja indywidualna rosną szybko kosztem spowolnionego wzrostu zysków (czy szerzej: kapitalizacji). Ekonomiści przypuszczają, że w takich okolicznościach inflacja wykazuje tendencję rosnącą. Odpowiednio, obniżanie się udziału płac w dochodzie narodowym przypisuje się zwiększeniu nacisku kapitału na politykę społeczno-ekonomiczną.

Rys. 1. Udział konsumpcji indywidualnej ogółem i kapitalizacji w PKB Francji. Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych OECD.

Rys. 1. Udział konsumpcji indywidualnej ogółem i kapitalizacji w PKB Francji. Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych OECD.

Jednakże żaden z tych poglądów nie jest bezwyjątkowo słuszny. Podział dochodu narodowego nie jest grą o sumie zerowej, gdyż są kraje, w których „wygrana” jednej strony sporu nie odbywa się „kosztem” drugiej strony. Przykładem może być gospodarka Francji (por. Rys. 1.), w której w latach 2002-2005 „zyskały” obie strony. Najnowsze badania mikroekonomiczne natomiast wykazują, że poza czynnikami politycznymi odgrywają tu rolę inne czynniki, na przykład istotny wzrost rentowności inwestycji w technologicznie zaawansowane środki pracy[2], który sprawia, że rośnie elastyczność dochodów względem kapitału. Natomiast w USA i w Wielkiej Brytanii mimo tradycyjnie silnej pozycji kapitalistów udział konsumpcji indywidualnej w PKB jest wyjątkowo wysoki (prawie 80%), a kapitału wyjątkowo niski (poniżej 20%).

Optymalna trajektoria rozwoju

W krajach ubogich, takich które osiągają niski dochód narodowy w przeliczeniu na jednego mieszkańca, pieniędzy brakuje wszystkim. Silna redystrybucja dochodów jest konieczna, aby konsumenci mieli za co kupować, a przedsiębiorcy mieli dla kogo produkować. Toteż zarobki pracowników i konsumpcja indywidualna gospodarstw domowych mają wysoki udział w podziale dochodu narodowego. W krajach bogatych wielkość bezwzględna konsumpcji może być wysoka mimo, że stanowi niższy procent dochodu narodowego. Po prostu „tort” do podziału jest znacznie większy.

Omawianą zależność ilustruje Rys. 2. Mimo stosunkowo silnego zróżnicowania obu omawianych zmiennych (konsumpcja indywidualna i zamożność mierzona dochodem narodowym per capita) doskonale widoczna jest tendencja: im bogatszy kraj, tym udział konsumpcji indywidualnej w PKB jest niższy.

OECD_gdp

Rys. 2. Udział konsumpcji indywidualnej gospodarstw domowych w PKB w wybranych krajach OECD w 2002 r. Granatowa linia prosta jest prostą regresji liniowej. Strzałką zaznaczono pozycję Polski w r. 2005.
Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych OECD.
AL – Austalia, AU – Austria, BE – Belgia, CA – Kanada, CZ – Republika Czeska, DM – Dania, FI – Finlandia, FR – Francja, GE – Niemcy, GR – Grecja, HU- Węgry, IC – Islandia, IR – Irlandia, IT – Włochy, JP – Japonia, KR – Korea (Republika), MX – Meksyk, NL – Holandia, NZ – Nowa Zelandia, NO – Norwegia, RP – Polska, PO – Portugalia, SL – Słowacja, SP – Hiszpania, SD – Szwecja, SW – Szwajcaria, TU- Turcja, UK – W. Brytania

W ostatnich latach w dużych grupach krajów (UE, OECD) per saldo udział zarobków i konsumpcji indywidualnej w PKB obniża się. Można powiedzieć, że owoce wzrostu produktywności przypadają w większej części kapitałowi, a w mniejszej części pracownikom, a zatem i konsumentom.

Jak wspomniano w poprzednim rozdziale, omawiania tendencja może być skutkiem zarówno zwiększonego nacisku kapitału na politykę społeczno-gospodarczą, jak i nowych zjawisk np. w obszarze zaawansowanych technologii. Należy dodać, że dzięki silnemu wzrostowi produktywności płace realne w krajach OECD rosną, mimo że maleje ich udział w dochodzie narodowym.

Obserwacja wielu krajów przez stosunkowo krótki okres może być równie dobrą podstawą wniosków, jak obserwacja niewielu krajów przez długi okres[3]. Stąd też, mimo zróżnicowania, można postawić uzasadnioną hipotezę, że „uśredniona” zależność uwidoczniona na Rys. 2 przy pomocy prostej regresji wyznacza krajom ubogim optymalną trajektorię wyrywania się z biedy.

W języku bardziej potocznym można powiedzieć, że optymalna trajektoria rozwoju to taka, na której kapitał przedsiębiorców rośnie szybciej, niż produktywność, a konsumpcja indywidualna wolniej, ale na tyle szybko, że wzrost popytu z niej wynikający zachęca przedsiębiorców do inwestycji.

Polski błąd

Polska nie podąża optymalną trajektorią rozwoju. Udział konsumpcji indywidualnej gospodarstw domowych obniżał się w badanym okresie w tempie ok. 3,5 raza szybszym, niż tempo optymalne określone naszą hipotezą. Innymi słowy: przedsiębiorcy „dusili” płace nadmiernie, podobnie sektor publiczny, przy pełnej aprobacie polityki głoszącej hasło „wzrostu płac wolniejszego od wzrostu produktywności”. Co do zasady polityka jak najbardziej słuszna, tym bardziej że nastąpiła po okresie szybkiego wzrostu konsumpcji indywidualnej, ale doprowadzona do niekorzystnej dla gospodarki skrajności.

Jakie tempo byłoby optymalne? Ostrożna ocena wynika wprost z rachunku, który wyznacza prostą regresji pokazaną na Rys. 2, a ściślej – nachylenie tej prostej, wynoszące 0,56% PKB na tysiąc dolarów wzrostu produktywności (dolarów umownych per capita, jak na Rys. 2.). O tyle MAKSYMALNIE można obniżać udział konsumpcji indywidualnej gospodarstw domowych. Jest to ocena ostrożna; z grupy badanych krajów (OECD) usunięto bowiem USA i Luksemburg. Kraje te prowadzą, z różnych zresztą powodów, politykę diametralnie inną niż pozostałe kraje, a uwzględnienie ich dawałoby jeszcze ostrzejszą granicę: 0,43% na tysiąc dolarów per capita wzrostu produktywności.

Rys. 3. Udział konsumpcji indywidualnej ogółem i kapitalizacji w PKB Polski. Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych OECD.

Rys. 3. Udział konsumpcji indywidualnej ogółem i kapitalizacji w PKB Polski. Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych OECD.

Co gorsza, nie towarzyszył temu odpowiedni wzrost udziału kapitału polskich przedsiębiorstw w podziale dochodu narodowego (por. Rys. 3. i Tabela 1.). Oznacza to, że „zaciskanie pasa” poszło na marne. Według danych GUS stopa inwestycji w badanym okresie była alarmująco niska i w związku z tym nasuwa się pytanie: czy to nie nadmiernie niski popyt był przyczyną owego zastoju? Jeśli tak, nasza hipoteza o optymalnej trajektorii rozwoju zyskałaby dodatkowe umocowanie.

Tabela 1. Średnioroczne zmiany (w procentach) wybranych składników dochodu narodowego w latach 2002-2005 w krajach należących do OECD.

Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych OECD

Kraj Konsumpcja indywidualna gospodarstw domowych Kapitalizacja PKB per capita (PPP, waluta umowna) Konsumpcja indywidualna ogółem Wynagrodzenia z narzutami Wynagrodzenia brutto
Norwegia -2,47 4,18 3,74 -2,03 -3,51 -3,62
Polska -1,92 1,15 8,21 -1,75 -2,84 -2,87
Korea -1,88 1,12 4,24 -1,38 1,56 b. d.
Australia -1,32 2,22 4,78 -0,97 -0,27 -0,51
Luksemburg -1,31 -0,83 7,3 -0,47 -0,97 -1
Republika Czeska -1,11 -2,97 7,95 -0,93 0,01 -0,05
Kanada -0,89 3,86 4,14 -0,82 -0,83 b. d.
Holandia -0,82 -0,85 2,63 -0,43 -0,8 -1,38
Irlandia -0,78 6,19 4,3 -0,11 1,86 2
W. Brytania -0,72 0,5 4,42 -0,06 -0,06 -0,99
Grecja -0,67 -0,16 6,81 -0,49 0,28 -0,01
Szwecja -0,59 1,08 4,34 -0,44 -0,79 -1,11
Słowacja -0,39 0,2 9,47 -0,82 -2,58 -1,77
Japonia -0,37 0,43 4,65 -0,22 -1,15 b. d.
Meksyk -0,37 1,84 3,87 -0,39 -3,34* b. d.
Belgia -0,27 2,93 4,3 0,15 -1,01 -0,94
Hiszpania -0,25 3,71 3,85 0,09 -1,04 -1,34
Austria -0,14 -0,11 3,61 -0,01 -0,98 -0,9
USA -0,02 2,28 5,44 0,01 -1,01 -1,48
Szwajcaria -0,01 -0,24 1,56 -3,2 -0,61 b. d.
Niemcy 0,04 -0,32 3,04 -0,05 -1,42 -1,33
Włochy 0,15 -0,76 3,06 0,42 0,83 0,78
Turcja 0,5 5,4 8,81 0,46 0,45 b. d.
Węgry 0,52 -2,41 7,65 0,95 0,93 1,9
N. Zelandia 0,57 3,93 1,76 0,81 1,08 b. d.
Francja 0,65 2,23 3,03 0,69 -0,24 -0,31
Dania 0,76 0,67 4 0,52 -0,91 -1,3
Portugalia 0,99 -3,66 2,02 1,16 -0,15* -0,46*
Finlandia 1,03 4,13 5,17 1,39 1,09 1,25
Islandia 2,92 18,63 7,63 1,98 1,47 b. d.

* W latach 2002-2004.

W świetle danych liczbowych przytoczonych w Tabeli 1. polskie „zaciskanie pasa” było wyjątkowo silne na tle pozostałych krajów OECD. Gorszą sytuację pracowników miała tylko Norwegia, zapewne na skutek wspomnianej klęski żywiołowej. W Polsce natomiast nie mieliśmy ani wielkiej klęski żywiołowej, ani nie nastąpił żaden cud zaawansowanej technologii…

Korekta jest potrzebna

Jeszcze w połowie 2006 roku poczucie niegodziwej płacy, a także złego traktowania[4], było nieomal powszechne wśród polskich pracowników. Duża część przedsiębiorców podzielała opinię, że na rynku jest mało pieniędzy i poddawała się lansowanej przez wielkie korporacje wojnie cenowej[5], redukując koszty i wydatki m. in. kosztem pracowników. Wyglądało to na błędne koło.

Dzisiaj, w końcu września 2007 roku, rynek pracy ma już za sobą falę wielkiej emigracji młodzieży w poszukiwaniu godziwej płacy i normalnych stosunków z pracodawcą, zakończyła się pierwsza faza protestów społecznych na tym samym tle. W ciągu ostatniego roku wynagrodzenia rosły szybciej niż produktywność i wzrosły o ponad 10%. Zatrudnienie rośnie. Marazm wśród pracowników zanika, tym bardziej że zatrudnienie rośnie, co oznacza że przedsiębiorcy siłą rzeczy muszą porzucać najbardziej prymitywny sposób konkurowania wyłącznie ceną.

Silny wzrost płac budzi zrozumiały niepokój ekonomistów, gdyż to zakłócenie może wywołać falę dalszych niekorzystnych następstw, chociaż na razie nie potwierdzają się obawy o narastanie presji inflacyjnej. Natomiast w świetle analiz przedstawionych powyżej następuje właśnie korekta – rynek pracy „odrabia straty” poniesione na skutek zakłócenia wcześniejszego, jakim było nadmierne „zduszenie” płac. Niekorzystne następstwa są nie do uniknięcia, ale można je częściowo łagodzić np. rozważną polityką pieniężną. Lecz propozycje ingerencji w rynek pracy, na przykład otwarcia go dla pracowników z krajów jeszcze biedniejszych, niż Polska, nie wydają się sensowne, gdyż rodziłyby niebezpieczeństwo nawrotu źródeł choroby tego rynku. Nie przeszkadzajmy rynkowi wracać do zdrowia.

———————————-
[1] Są to tzw. fakty Kaldora.
[2] Lawless M., Whelan, K., Understanding the Dynamics of Labour Shares and Inflation, Research Technical Paper, Central Bank and Financial Services Authority of Ireland, May 2007.
[3] Jest to zasada leżąca u podstaw tzw. zespołu statystycznego, dotycząca obserwowanych wielkości uśrednionych.
[4] Por. Sabela, M., Pracownik nieposłuszny, Business Dialog Bulletin, No 2/2007
[5] Por. Góralczyk, A., Co z tą innowacyjnością, Business Dialog Bulletin, No 1/2007

Ekspansja Rosji

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w październiku 2007 r.

Na gospodarkę Rosji często wciąż patrzymy z perspektywy ZSRR, a co najwyżej czasów Jelcyna.  Tymczasem zaszły tam zmiany niezwykle głębokie.

Olgierd Bagniewski

W 16 lat po pierestrojce kilka milionów obywateli byłego ZSRR żyje poza granicami, w samych Niemczech ponad 4 mln, a w Polsce kilkaset tysięcy. Ta informacja nikogo nie zaskakuje. To zrozumiała reakcja na szczelne kiedyś granice, które powodowały, że podróż zagraniczna była prawie tak niewyobrażalna jak podróż w kosmos. Ale zastanawiające jest inne zjawisko. Według ocen ekspertów w Rosji mieszka ok. 10 mln gastarbeiterów, którzy przybyli tam dobrowolnie w poszukiwaniu lepszego bytu. I to jest wielka nowość!

Nie tylko siła robocza migruje względnie swobodnie, również kapitał i to w obie strony. W pierwszej połowie bieżącego roku rosyjskie inwestycje zagraniczne wyniosły 12 mld USD. Rosja przestała też być krajem zadłużonym, posiada bowiem 270 mld USD rezerw dewizowych i to poza 70 mld funduszu stabilizacyjnego. Dla porównania – całkowite zadłużenie zagraniczne wzrosło, głównie w wyniku zadłużania się przedsiębiorstw państwowych, w ubiegłym roku z 214 do 250 mld USD, co stanowi jednak zaledwie 26% PKB. Tymczasem w 1998 r., w momencie kryzysu, rezerwy dewiz i złota wynosiły jedynie 12 mld USD. Wówczas Jelcyn błagał o prolongatę długów, a obecna Rosja Putina agresywnie inwestuje zagranicą.

Współczesna Rosja z szybko rosnącymi obrotami handlu zagranicznego, szczególnie z Europą, w której najważniejszym partnerem handlowym są Niemcy (a obroty pomiędzy tymi krajami wynoszą ponad 30 mld USD), i Chinami z którymi obroty rosną o 30-40% rocznie nie przypomina dawnego Związku Radzieckiego z bardzo autarkiczną gospodarką. Dzięki skokowi cen surowców, szczególnie energetycznych, rośnie nie tylko handel zagraniczny, ale i jego nadwyżka.

Wielkie nadwyżki twardej waluty umożliwiają wszechstronna ofensywę kapitałową za granicę, głownie w Europie, zgodnie z  ustanowionym strategicznym planem inwestycyjnym w Europie. Plan ten nie ogranicza się tylko do energetycznego uzależnienia Starego Kontynentu, czemu służyć ma budowa stale nowych rurociągów dostarczających ropę i gaz, jak i zakup pól w Algierii, czy wreszcie próba zakupu rafinerii w Rotterdamie. Ekspansja  kapitału rosyjskiego dotyczy też innych ważnych strategicznie branż, jak np. towarzystw lotniczych. W lutym 2007 KrasAir zakupił upadający węgierski Malev, wykazując przy tym wielką determinację, gdyż rząd węgierski czterokrotnie podnosił cenę. Rosjanie planują też zakup CSA i Slovak Airlines, jak i rumuńskiego Taromu i bułgarskich Bulgaria Airlines. Największą chęć wykazują na przejęcie kontroli nad włoską Alitalią poprzez  zakup 40% akcji, co umożliwiłoby Aeroflotowi dostęp do bogatej sieci połączeń w basenie Morza Śroziemnego i Ameryki Łacińskiej.

Ewentualne  przejęcie Alitalii wpisane jest w strategiczny plan inwestycji w Europie, podobnie jak zakup – przez zaprzyjaźnionych z Kremlem oligarchów – akcji europejskich firm budowlanych niemieckiego Hochtief i austriackiego Strabagu, czy nabycie hut od koncernu Lucchini.

Rosjanie próbują również wśliznąć się do EADS – koncernu produkującego Airbusy. Chociaż nie udało się im dotąd wprowadzić swoich przedstawicieli do zarządu spółki, to jednak w marcu br. uzyskali  pięcioprocentowy udział w budowie supernowoczesnego A350. Aeroflot zamówił zresztą już 22 takie Airbusy za 4,4 mld  dolarów. Rosjanie uczestniczyć mają też budowie transportowej wersji Airbusa A320

W efekcie rosnących nadwyżek w handlu zagranicznym rubel z zupełnie nie wymienialnego, acz o minimalnej inflacji, stał się w pełni wymienialną i na dodatek jedną z najsilniejszych walut, jednak o dwucyfrowej inflacji, silniejszej w dziedzinie dóbr produkcyjnych (ponad 20%) niż konsumpcyjnych. Siłę rubla zaczynają doceniać zachodnie banki emitując obligacje notowane w rublach, na które zdobywają popyt nie tylko w Rosji, lecz również u międzynarodowej klienteli, która uważa te inwestycje za interesujące. Szybko rosnące ceny surowców i wysoki wzrost PKB spowodowały, że moskiewski indeks giełdowy wzrósł od krachu w 1998 r ponad 30-krotnie, co daje najlepszy przyrost wartości w skali świata i to pomimo, iż  w ostatnich tygodniach odnotowano mały spadek. W tym samym czasie kapitalizacja giełdy moskiewskiej wrosła ponad100 krotnie.

Rosyjski gigant Gazprom z wydobyciem 548 mld m3 jest największym producentem gazu na świecie, a jego strategicznym doradcą od 2004 r jest Deutche Bank AG, co umożliwia Gazpromowi dostęp do miliardowych kredytów. Kurs akcji tego giganta wzrósł od 2001 r dziesięciokrotnie. Rosyjski szósty z najbogatszych oligarchów Oleg Deripaska właściciel największego na świecie koncernu aluminiowego RuSAL zainwestował w akcje General Motors 1,8 mld dolarów. Poczekajmy jeszcze chwilę, a najbogatszy „anglik” Roman Abramowicz zakupi chlubę przemysłu któregoś z zachodnich państw.

Co z tą innowacyjnością?

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w kwietniu 2007 r.

Innowacyjność jest historycznie zmienna. Rośnie znaczenie sektora usług w rozwoju gospodarki, a firmy usługowe stają się coraz bardziej innowacyjne i oparte na wiedzy[1]. Zmieniają się sposoby zarządzania procesem innowacyjnym i strategie czerpania korzyści z innowacji[2].

Andrzej Góralczyk

Tymczasem innowacyjność polskiej gospodarki jest niezmiennie, od wielu lat, dramatycznie niska. Według Sumarycznego Indeksu Innowacji (SII) Polska znajduje się wśród siedmiu krajów europejskich „tracących grunt”[3]. Toteż podejmujemy temat co jakiś czas i omawiamy wyniki aktualnych badań, obserwacje i opinie. Poszukujemy trafnej diagnozy barier, szans wyłaniających się na zmieniających się rynkach oraz najlepszych praktyk zarządzania procesem innowacyjnym w nadziei, że te opracowania okażą się pożyteczne dla rodzimych nowatorów.

Wydaje się, że podstawową barierą innowacyjności w Polsce i w niektórych innych krajach europejskich jest zbyt niski popyt na innowacje, zarówno na rynku konsumpcyjnym, jak i wśród przedsiębiorstw. U nas objawia się to m. in. wysokim odsetkiem ludzi z wyższym wykształceniem pracujących poza sektorem nauki i technologii[4]. Administracja publiczna także nie stawia dostawcom wysokich wymagań odnośnie innowacyjności zamawianych wyrobów i usług, mimo wyraźnych zaleceń zawartych w Strategii Lizbońskiej.

Innowacyjność zmienia się

Już przed trzema laty specjaliści z firmy AMR Research zwrócili uwagę, że załamanie na rynku innowacyjnych produktów jest wynikiem działania wielkich detalistów, takich jak Wall-Mart czy Target, którzy zawojowali konsumentów propagandą niskich cen. Paradoksalnie jest to efekt innowacji (i „innowacji”) firmy Wall-Mart, która jako pierwsza uczyniła użytek z globalizacji i wykorzystała efekt skali, dokonując ogromnego postępu w dziedzinie zarządzania operacyjnego, w zakupach, wielkościach partii i w logistyce magazynowej, w elektronicznej wymianie danych z dostawcami, wreszcie w walce konkurencyjnej „niską ceną każdego dnia”. Za Wall-Mart’em poszli rywale i w rezultacie w latach 1995-1999 tempo wzrostu produktywności sektora sieci detalicznych potroiło się. Natomiast bariera niskiej ceny jest tak wysoka, że wiele firm niszowych wypada z rynku albo zmienia strategię, gdyż nie jest w stanie wejść na rynek z innowacyjnymi produktami Badania fundacji PDMA pokazują, że w okresie 1995-2003 odsetek firm amerykańskich przyjmujących strategię „szybkiego następcy” (fast follower) podniósł się z 27% do 37%, prawie wyłącznie kosztem firm ze strategią niszową, których odsetek obniżył się z 30% do 22%. Przybywa podążających za pionierami, a pionierów ubywa.

Kryzys innowacyjności produktowej dotyka także sektora tradycyjnie znanego z nowatorstwa – przemysłu samochodowego. Obserwatorzy tego sektora zwracają uwagę, że gwałtowne pogorszenie kondycji amerykańskiej „wielkiej trójki” jest skutkiem obniżenia efektywności procesów innowacyjnych.

Oto kolejny przykład. Wykres na Rys. 1 dotyczy innowacyjności w sektorze produktów pakowanych w USA. Liczba produktów nowych wypuszczanych przez ten sektor w ciągu roku wykazuje niemal stałą tendencję wzrostową, podczas gdy procent produktów innowacyjnych wśród nich spadł w latach 1986-1993  trzykrotnie i od tego czasu utrzymuje się na niskim poziomie. Omawiany rating innowacyjności prowadzony jest przez Productscan Online i obejmuje sześć obszarów: formułę marketing mix, pozycjonowanie, opakowanie, technologię, kreowanie nowego rynku oraz sposób dystrybucji i sprzedawania (merchandising).

Rys. 1. Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych dostarczonych przez Productscan Online.

Rys. 1. Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych dostarczonych przez Productscan Online.

Nietrudno zauważyć, że w latach, w których rośnie nieco procent produktów innowacyjnych, liczba produktów nowych spada. Sugerowałoby to, że zasoby menedżerskie, które można zaangażować w działalność innowacyjną i pokonywanie barier, także tych wspomnianych wyżej, są ograniczone, więc „rzuca” się je albo na odnawianie produktów albo na opracowanie produktów innowacyjnych.

Problem ograniczonych zasobów wydaje się wykraczać poza jeden sektor. Produkty pakowane zdecydowanie dominują na rynku konsumpcyjnym USA, więc dane o ich innowacyjności można traktować jako barometr innowacyjności produktowej w ogóle. Na Rys. 2  do omawianego wcześniej wykresu dodano wykres ilustrujący wyniki USA w dziedzinie związanej z innowacjami i pochłaniającej również dużo zasobów, mianowicie w eksporcie produktów wysokich technologii. Wykres ten pokazuje udział eksportu high-tech w eksporcie ogółem. Widać, że wyraźny wzrost udziału eksportu występuje w okresach, gdy intensywność innowacji produktowych spada albo jest umiarkowana, a spadek występuje w okresach, gdy znacznie wzrasta liczba produktów nowych bądź procent produktów innowacyjnych.

Rys. 2. Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych dostarczonych przez Productscan Online.

Rys. 2. Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych dostarczonych przez Productscan Online.

Pani prof. Halina Brdulak w czasie dyskusji w naszym projekcie „IT słyszy!” zwróciła uwagę, że podczas, gdy innowacyjność produktowa na świecie wydaje się obniżać, to rośnie intensywność innowacji w usługach, w tym np. w usługach logistycznych. Podobna opinia panuje wśród wielu badaczy, np. z firmy McKinsey. Dane statystyczne wskazują, że w takich dziedzinach, jak usługi dla firm i pośrednictwo finansowe innowacyjność jest już wyższa, niż w sektorze wytwarzania[5].

Wyniki badań prowadzonych przez firmę Booz Allen Hamilton, opisane w następnym rozdziale, rzucają nieco światła na zagadnienie gospodarowania przez przedsiębiorstwa ograniczonymi zasobami kierowanymi na działalność innowacyjną.

Sztuka zarządzania innowacjami

Booz Allen Hamilton bada działalność badawczo-rozwojową (B+R) w 1000 spółek na świecie, które  ponoszą największe wydatki na ten cel i ujawniają to w swoich sprawozdaniach finansowych. Stwierdzono że względna wielkość tych wydatków spada i w latach 2000-2005 obniżyła się bardzo znacznie (z 4,09% do 3,84% przychodów ze sprzedaży), przy czym większe firmy wydają proporcjonalnie mniej, niż firmy mniejsze. Autorzy uważają, że zjawisko to jest efektem globalizacji, dzięki której przychody wielkich firm szybko rosną, a wydatki na B+R rosną wolniej w rezultacie outsourcingu ośrodków badawczych do krajów o niższych kosztach pracy.

Niektóre wyniki omawianych badań przeczą utartym poglądom – na przykład wykazują, że nie zachodzi korelacja pomiędzy wielkością wydatków na B+R a osiągnięciami gospodarczymi firm, z wyjątkiem marży brutto, która jest tym większa, im większe wydatki (w proporcji do przychodów ze sprzedaży). Zdaniem Autorów świadczy to o tym, że B+R spełnia należycie swą rolę, gdyż marża brutto zależy silnie od decyzji podejmowanych na etapie projektowania. Jednakże brak korelacji z innymi miarami sukcesu w biznesie jest skutkiem niedostatecznego współdziałania pomiędzy silosami R+D, marketingu, sprzedaży, operacji i administracji.

Lecz jak to w takich wypadkach często bywa, wśród badanych firm można znaleźć takie, które systematycznie osiągają ponadprzeciętne wyniki. W najnowszym badaniu na ten temat[6] zidentyfikowano 94 firmy, które w całym pięcioletnim okresie (lata 2000-2005) miały wyniki niekwestionowane lepsze, niż przeciętne (mediana) w swoim sektorze we wszystkich siedmiu rozpatrywanych wskaźnikach[7]. Firmy te wydają na B+R proporcjonalnie mniej, niż te, które nie odnoszą tak wielkiego sukcesu. Wyróżniają się natomiast umiejętnością sprawnego zarządzania wszystkimi etapami procesu innowacyjnego (opracowanie wizji i koncepcji produktu, wybór projektów do inwestowania, opracowanie produktu we współdziałaniu z resztą organizacji oraz komercjalizacja, czyli dostosowanie do wymagań klienta i wypuszczenie na rynek). Niektóre z omawianych firm słyną z mistrzostwa w zarządzaniu jednym z tych etapów, ale dokładniejsze badania wykazały, że mistrzostwo to jest silnie wspierane przez kompetencje w zarządzaniu całością procesu. Ponadto, w porównaniu z firmami nie odnoszącymi sukcesów, mają strategie innowacyjne generalnie bardziej otwarte na współpracę z klientami, a struktury organizacyjne na ogół bardziej płaskie i zdecentralizowane.

Polska słabość innowacyjności sektora IT

Podczas transformacji systemowej, w latach 1991-2001, nastąpił w Polsce najsilniejszy w Europie spadek wydatków przedsiębiorstw sektora IT na B+R[8]. Podczas recesji końca lat 1990-tych badaliśmy kondycję sektora IT w Polsce[9]. Recesja charakteryzuje się szczególnie intensywną konkurencją i łatwo jest wówczas zaobserwować jej „selekcjonujący” wpływ na przedsiębiorstwa.  Niektóre wnioski z naszych badań ilustruje Rys. 3. Z uwagi na silnie niesymetryczny rozkład przychodów w omawianym sektorze wartość średnia ilustruje tendencje dominujące w firmach największych, a mediana ilustruje tendencje dominujące w firmach małych i średnich.

Sektor IT w Polsce podczas recesji 2000 roku. Źródło: opracowanie własne autora.

Sektor IT w Polsce podczas recesji 2000 roku. Źródło: opracowanie własne autora.

Wyniki te można  podsumować następująco:

  • Tempo rozwoju sektora obniżyło się nieznacznie, lecz głównie na skutek spowolnienia rozwoju firm małych i średnich.
  • Zahamowany został rozwój małych i średnich firm usługowych, które jeszcze w 1999 roku napędzały rozwój sektora. Rolę lokomotywy rozwoju usług przejęły firmy największe. Częściowo przyczyniły się do tego przejęcia i połączenia, ale ich wpływu na wyniki sektora nie badaliśmy.
  • Zahamowany został rozwój małych i średnich firm produkcyjnych, także na korzyść firm największych.
  • Małe firmy dilerskie i dystrybucyjne, których kondycja już wcześniej się pogarszała, najłatwiej padły „łupem” firm największych, głównie koncernów międzynarodowych, które zdominowały rynek korzystając z efektu skali.

Należy dodać, że firmy usługowe i produkcyjne należały do najbardziej „ambitnych” w sektorze, pod względem jakości i innowacyjności swoich wyrobów i usług. Szereg szczegółowych analiz przeprowadzonych w ramach omawianych badań dał wyniki zbieżne z tymi opisanymi w poprzednich rozdziałach. Na przykład stwierdzono, że najbardziej istotne bariery rozwoju i konkurencyjności sektora to nieumiejętność decentralizacji zarządzania oraz słabość zarządzania operacyjnego.

Na zakończenie warto zwrócić uwagę, że niewiele wiadomo o sektorze usług, mimo ich rosnącego znaczenia w rozwoju gospodarki. Do nielicznych należą badania holenderskie, których wyniki ujawniają dwie szczególne cechy sektora usług informatycznych i telekomunikacyjnych[10]. Po pierwsze, firmy te wyróżniają się w całym sektorze usług wyższą innowacyjnością, zarówno w dziedzinie innowacji technicznych jak i nietechnicznych. Po drugie, produktywność tych firm jest tym wyższa im wyższe są  kompetencje i umiejętności pracowników oraz wynagrodzenia, natomiast inne czynniki, takie jak inwestycje czy całkowite wydatki na innowacje nie odgrywają roli albo pogarszają produktywność (inwestycje w IT). Wszystkie omawiane czynniki mają natomiast pozytywny wpływ na konkurencyjność.

Wnioski

  • Innowacyjność przedsiębiorstw, generalnie nadal najwyższa w sektorze przemysłu przetwórczego, przesuwa się do sektora usług, który rozwija się szybciej, niż inne sektory gospodarki.
  • O kierunkach i tempie innowacyjności gospodarki decyduje dziś w głównej mierze polityka wielkich przedsiębiorstw. Z jednej strony inwestują one w innowacje w dziedzinie wielkich systemów (zaopatrzenie, dystrybucja, logistyka), z drugiej zaś stwarzają nacisk na konkurencję cenową, która daje przewagę firmom korzystającym z efektu skali a jednocześnie blokuje firmom mniejszym dostęp do rynku z  innowacyjnymi produktami i usługami.
  • Konkurowanie poprzez innowacyjność wymaga dziś bardzo sprawnego zarządzania operacyjnego, w tym zwłaszcza zintegrowanego zarządzania procesem innowacyjnym.

Przypisy:

1. Promoting innovation in services, OECD 2005 (DSTI/STP/TIP(2004)4/FINAL)

2. Por np.  Salter, A., Tether, B. S.,  Innovation in Services. Through the Looking Glass of Innovation Studies, 2006

3. Science, technology and innovation in Europe (KS-76-06-203-EN), Luxembourg: Office for Official Publications of the European Communities, 2006, s. 96

4. Ibidem, European Innovation Scoreboard s. 113

5. Promoting innovation in services, op. cit.

6. Jaruzelski, B.,  Dehoff, K.,  Bordia, R., Relisilence report, strategy+business No 12/14/06

7. Oto lista omawianych wskaźników: wzrost przychodów ze sprzedaży, stopa marży brutto, wzrost zysku brutto, stopa zysku operacyjnego, wzrost przychodów z operacji, całkowity zysk akcjonariuszy i wzrost kapitalizacji rynkowej.

8. Promoting innovation in services, op. cit., s. 22

9. Góralczyk, A. Wyniki przedsiębiorstw sektora IT w Polsce (prezentacja). Instytut Produktywności IDG Poland, Warszawa 2001

10. Broersma, L., Brouwer, E., Innovation in ICT Services, Centre for Research of Economic Microdata  of Statistics Netherlands, Groningen 2001, s. 27

Kapitał społeczny – przegląd koncepcji

Działania na rzecz dobra wspólnego, samoregulacja społeczna i więzi społeczne mają znaczenie ekonomiczne, więc można je traktować jako przejawy istnienia kapitału społecznego.

Artykuł został po raz pierwszy opublikowany 16 sierpnia 2006 r.

Andrzej Góralczyk

Badania nad kapitałem społecznym trwają od ponad 20 lat, a mimo to nasze rozumienie jego natury i funkcjonowania jest nikłe. Od kilku lat niemal każdego miesiąca ukazują się nowe wyniki prac naukowych na ten temat. Jak zwykle w okresach szybkiego przyrostu opracowań, spora część koncepcji oraz interpretacji danych jest nieaktualna, spora też część jest niedojrzała. Dlatego też niniejszy przegląd piszę nie kusząc się o pełną analizę koncepcji teoretycznych i doświadczeń praktycznych, lecz po to, aby ułatwić Czytelnikowi orientację w tematyce, znajdującej się stale jeszcze „w fazie powstawania”.

Początki koncepcji kapitału społecznego

Pierwszą fazę budowania koncepcji kapitału społecznego można określić jako emocjonalną. W latach 1970-tych w kręgach socjologów i historyków gospodarki zwrócono uwagę na doniosłe znaczenie samoregulacji społecznej. W latach 1980-tych James Coleman zaproponował, aby potencjał tkwiący w stosunkach społecznych, a ujawniający się w postaci zjawisk określanych jako samoregulacja społeczna, potraktować jako kapitał danej społeczności. Na kapitał ten składają się, zdaniem Colemana, stosunki władzy, normy i zaufanie społeczne oraz powszechnie uznawana wartość rezygnacji z korzyści osobistych w imię dobra wspólnego (altruizm). Koncepcja ta ma dziś znaczenie historyczne, gdyż nie pomaga zrozumieć, skąd bierze się ekonomiczne znaczenie kapitału społecznego, zwłaszcza, że normy społeczne mogą zarówno sprzyjać, jak i przeszkadzać tworzeniu się wartości w życiu zbiorowym.

Robert Putnam znany jest głównie z dwóch dużych przedsięwzięć badawczych. Pierwsze to badanie aktywności samorządowej we Włoszech oraz hipoteza, że istnieje silny związek pomiędzy kapitałem społecznym wspólnoty obywatelskiej, a poziomem jej rozwoju gospodarczego. Podłoże dla kapitału społecznego, wg Putnama, tworzy wzajemne zaufanie oraz tzw. sieci obywatelskiego zaangażowania (np. stowarzyszenia sąsiedzkie, chóry amatorskie, spółdzielnie,…). Dzisiaj wiadomo, że hipoteza Putnama nie zawsze się sprawdza, a zaufanie nie jest koniczne dla istnienia kapitału społecznego. Druga ważna praca Putnama to diagnoza zmniejszającej się aktywności społecznej w USA.

Francis Fukuyama był chyba pierwszym badaczem, który „postawił kropkę nad i” zauważając, że więzi społeczne tworzą się zarówno z pobudek altruistycznych (z myślą o działaniu na rzecz dobra wspólnego), jak i egoistycznych (z myślą o korzyściach osobistych). W praktyce obserwuje się regiony, w których zupełnie nieobecna jest działalność społeczna pierwszego rodzaju, a rozwijają się więzi wynikające z motywacji egoistycznych — z „pragmatycznej kooperacji ekonomicznej i wspólnego interesu”, jak to określił Tomasz Grosse [1].

Koncepcje współczesne

Edward L. Glaeser uważa, że nośnikiem kapitału społecznego nie jest społeczność, lecz jednostka. Na kapitał społeczny składa się ogół związków jednostki z jej otoczeniem społecznym. O jego znaczeniu ekonomicznym przekonują proste obserwacje, jak np. ta, że uczestnictwo w stowarzyszeniu zawodowym czy kupieckim przekłada się nieomal bezpośrednio na wynik ekonomiczny, ponieważ dostarcza przedsiębiorcy czegoś nieosiągalnego w pojedynkę: szerokich kontaktów, wiedzy o rynku i fachowej porady o sposobach skutecznego działania. Jednakże zależność pomiędzy korzyściami ekonomicznymi a intensywnością więzi społecznych nie jest liniowa: najpierw wraz ze wzrostem intensywności korzyści te rosną, a następnie spadają (wykres takiej zależności przypomina odwrócone U). Powód jest prosty — na podtrzymywanie więzi społecznych potrzeba czasu, a ten jest zasobem ograniczonym.

Glaeser wykazał ponadto na podstawie badań empirycznych, że pracownicy przedsiębiorstwa mają na ogół wyższy przeciętny poziom kapitału społecznego, niż jego właściciel, że kapitał społeczny przedsiębiorstwa rośnie, gdy rośnie sieć jego powiązań i wpływ na otoczenie, natomiast nie przyrasta, gdy rośnie status pracowników i liczba stanowisk o wysokim statusie. Ponadto że kapitał społeczny maleje szybko wraz z powiększaniem się fizycznej odległości pomiędzy członkami społeczności, a także wtedy, gdy rośnie ich mobilność, natomiast jest wysoki wśród społeczności osiadłych. Więcej na ten temat w [AG2002].

Ronald S. Burt wykazał na podstawie badań empirycznych, że zdolność zbiorowości do tworzenia wartości wynika nie tyle z jej grupowego charakteru (określanego np. przez normy społeczne), co z ogólnej struktury (topologii) sieci powiązań pomiędzy członkami społeczności. Sieć społeczna efektywnie tworząca wartości nie jest „gęsta”, jest zamknięta, ale z licznymi „lukami społecznymi” pełniącymi rolę „okien na świat”, a więzi z tym zewnętrznym światem zapewniają „brokerzy”, których po polsku można nazwać animatorami aktywności społecznej. Więcej na temat wyników badań Burta w [AG2003], ale warto poczytać oryginały, gdyż jest w nich ogromnie dużo interesujących wniosków i spostrzeżeń.

Steven Strogatz – wykład o samoorganizacji

Wyniki Burta korespondują z wnioskami, jakie nasuwa teoria otwartych dynamicznych systemów złożonych (znana także pod nazwą: teoria chaosu) oraz potwierdzające ją badania nad sieciami naturalnymi, jak ekosystemy oraz sztucznymi, jak sieci energetyczne, Internet itp. Kierunek badań, o którym mowa bierze swój (legendarny) początek ze stwierdzenia Milgrama o tym, że dowolnych dwóch ludzi na Ziemi dzieli dystans nie większy niż szereg 6 kolejnych „wspólnych znajomych”. Tzw. Małe Światy, ich topologia i struktura, były przez szereg lat przedmiotem badań matematyków. Mały Świat ma właśnie taką nie-gęstą topologię, ale problemem było odkrycie, jakimi cechami wyróżniają się — pod względem topologii — Małe Światy wykazujące w praktyce znakomitą samoregulację, w tym. m. in. niezwykłą odporność na zniszczenie. Odporność i elastyczność (zdolność adaptacji do zmian środowiska) zawdzięczają także temu, że w sieci brak jest hierarchii i centrum dowodzenia. Podsumowanie tego nurtu prac znajduje się w pracy [WS]. Lecz kluczowego odkrycia dokonali biolodzy pod kierunkiem Barabasiego. Zauważyli, że sieci sztuczne są w większości „jednakowo rzadkie dla każdego”, więc wraz z dołączaniem się nowych uczestników mamy średnio „coraz dalej” do innych. Od strony matematycznej efekt można zmierzyć obliczając średnią z najmniejszych odległości (tzn. liczby pośrednich „wspólnych znajomych”) pomiędzy wszystkimi parami uczestników sieci. Otóż ta odległość w sieciach jednakowo rzadkich rośnie logarytmicznie wraz z liczbą uczestników. W sieciach metabolicznych natomiast zjawisko to nie zachodzi, owa średnia najmniejsza odległość jest stała. Jedna z licznych prac zespołu Barabasiego, przeglądowa, to [JTAOB].

Praktyka

Nie sposób w krótkim rozdziale opisać wielorakich faktów i doświadczeń dotyczących kapitału społecznego, więc na razie tylko kilka głównych kwestii.

Kapitał społeczny w gospodarce naturalnej Mechanizm tworzenia wartości przez społeczność dość wyraźnie widać w najbiedniejszych krajach rozwijających się. Tamtejsze społeczności prowadzą gospodarkę naturalną. Jedną z cech charakterystycznych takiej gospodarki jest brak wyceny pracy nienajemnej, a jej cena marginalna jest bliska zeru, bywa nawet zerowa. Doświadczenia wskazują, że pomoc udzielana społecznościom biednym jest skuteczna tylko pod pewnymi warunkami, z których najważniejsze to wkład lokalnej pracy społecznej, know-how z zewnątrz, bezpośredni dostęp społeczności do procesu planowania wydatków z funduszy pomocowych (bez pośrednictwa „centrali”, co jednak nie może wykluczać odgórnego zarządzania pomocą) oraz strategia wyjścia, czyli doprowadzenie „sprężyn” rozwoju społeczno-ekonomicznego do pełnej samoczynności, aby po ustaniu pomocy nie powróciło „stare”.

Społeczności praktyków Wiele obserwacji wskazuje na to, że społeczności profesjonalistów, w których członkostwo jest ochotnicze, nierzadko szybciej odnoszą sukcesy w dużych przedsięwzięciach, zwłaszcza technicznych, niż zespoły pracujące w tradycyjnych strukturach hierarchicznych i funkcjonalnych, charakterystycznych np. dla korporacji, czy instytucji publicznych.

Społeczności wirtualne, czyli potencjalne, powstają dla zrealizowania określonego przedsięwzięcia. Osiągnięcie sprawności organizacyjnej i skuteczności zależy od tego, czy przejdą 4 fazy rozwoju, określane z angielska Forming, Storming, Norming, Performing. Dotyczy to zarówno społeczności nieprofesjonalnych (np. studentów albo ochotników w działalności społecznej), jak i wirtualnych społeczności praktyków. Po zrealizowaniu zadania społeczność wirtualna zanika, chyba że udział w niej pozostaje nadal atrakcyjny, jak to często bywa w niehierarchicznych społecznościach profesjonalistów złożonych z indywidualności.

Nieliniowe efekty sieci Najbardziej znane z nich są efekty pozytywne. Pozytywny efekt sieci polega na tym, że dane dobro jest tym bardziej atrakcyjne, im więcej ludzi z niego korzysta. Przykładem najczęściej chyba podawanym są konsole do gier elektronicznych; ich atrakcyjność rośnie z czasem, gdyż na rynek trafia coraz więcej gier, a coraz większa liczba użytkowników stwarza coraz lepsze możliwości wymieniania gier pomiędzy sobą. Od strony teoretycznej opisany pozytywny efekt sieci jest tylko jednym spośród wielu możliwych scenariuszy dynamiki otwartego systemu złożonego. Należy dodać, że jest wykorzystywany w strategiach marketingowych.

Inne pozytywne efekty sieci także są nadzieją marketerów, lecz nie zawsze spełniającą się. Ostatnio np. rośnie propaganda wokół tzw. Web 2.0 czyli aplikacji internetowych przygotowanych specjalnie po to, aby skupiać użytkowników, którzy prędzej czy później zaczynają kontaktować się ze sobą i wymieniać „dobra” (zdjęcia, pliki multimedialne, tagi w blogach, informacje o wolnych miejscach pracy itp.). Przyszłość pokaże, czy „montowane” w ten sposób społeczności będą tworzyły jakieś wartości, czy też ograniczą się do wzajemnego wzmacniania konsumpcji.

Negatywny efekt sieci występuje w przypadku, gdy wraz ze wzrostem liczby użytkowników danego dobra jego atrakcyjność maleje, mimo trwałego popytu. Typowym przykładem są komercyjne systemy komputerowe większych rozmiarów, np. wspomagające zarządzanie przedsiębiorstwem. Przyczyną ich malejącej atrakcyjności jest „historyczny błąd” producentów, którzy zamiast uzgodnić standardy lansują standardy własne. W ten sposób im więcej jest takich aplikacji na rynku, tym trudniej (i kosztowniej!) je zintegrować, czyli doprowadzić do harmonijnego i bezpiecznego współdziałania.

————-

[1] Grosse, T., Kapitał jak katalizator, CXO, październik 2002

[AG2002] Góralczyk, A., Tworcza sieć powiązań, CXO 7 października 2002

[AG2003] Góralczyik, A., Sieci szczególnych powiązań, CXO maj 2003

[WS] Watts, D., J., Strogatz, S., H., Collective dynamics of ‘small-world’ networks, Nature, v. 393, June 4, 1998

[JTAOB] Jeong, H., Tombor, B., Albert, R., Oltvai, Z., N., Barabasi, A.-L., The large-scale organization of metabolic networks, Nature, v. 407, October 5, 2000

—–