Ile komu?

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w październiku 2007 r.

Rozwój gospodarki jest stabilny, gdy ze wzrostu produktywności korzystają zarówno przedsiębiorcy, osiągając większe zyski, jak i gospodarstwa domowe, mogąc pozwolić sobie na wzrost konsumpcji. W Polsce w ostatnich latach konsumpcja indywidualna gospodarstw domowych rosła zbyt wolno i teraz potrzebna jest korekta.

Andrzej Góralczyk

Gdy obserwuje się gospodarkę przez długi czas, np. przez okres 20-30 lat, jej zachwiania widać jako chwilowe zakłócenia pojawiające się na drodze stabilnego rozwoju. Na podstawie takich obserwacji ekonomiści stwierdzili[1], że w stabilnie rozwijającej się gospodarce m. in.:

  • produkcja w przeliczeniu na jednego pracownika (produktywność) rośnie w tempie stałym lub lekko rosnącym,
  • kapitał w przeliczeniu na jednego pracownika rośnie w czasie,
  • stopa zwrotu z kapitału jest prawie stała,
  • udział kapitału i pracy w dochodzie netto jest prawie stały,
  • stopa wzrostu w różnych krajach jest różna.

Nie tylko przetarg polityczny

Powyższe stwierdzenia stanowiły do niedawna – i w wielu krajach nadal stanowią – podstawę racjonalnej polityki społeczno-ekonomicznej, która w trosce o stabilność rozwoju gospodarki dopuszcza tylko niewielkie i powolne zmiany podziału dochodu narodowego pomiędzy kapitał i pracę. Oczywiście w krótkiej perspektywie czasu nie zawsze udaje się spełnić ów wymóg, z różnych powodów. Przykładem może być Norwegia, której system energetyczny, oparty w dużym stopniu na elektrowniach wodnych, został kilka lat temu sparaliżowany na długie miesiące przez wyjątkowo ostrą zimę. Wcześniej gospodarka sąsiedniej Finlandii doznała ciężkiego szoku na skutek nieomal całkowitego zaniku eksportu do Rosji, który wcześniej dawał jej ok. 60% dochodu narodowego. Jednakże w okresach wolnych od szoków proporcje podziału dochodu narodowego zmieniają się nieznacznie i powoli.

Według rozpowszechnionego poglądu proporcje w jakich dochód narodowy dzieli się na zyski przedsiębiorców i płace pracowników (czy szerzej: konsumpcję indywidualną) to rezultat przetargu politycznego. Powiada się na przykład, że gdy nacisk reprezentacji pracowników na politykę dominuje nad naciskiem przedsiębiorców, zarobki i konsumpcja indywidualna rosną szybko kosztem spowolnionego wzrostu zysków (czy szerzej: kapitalizacji). Ekonomiści przypuszczają, że w takich okolicznościach inflacja wykazuje tendencję rosnącą. Odpowiednio, obniżanie się udziału płac w dochodzie narodowym przypisuje się zwiększeniu nacisku kapitału na politykę społeczno-ekonomiczną.

Rys. 1. Udział konsumpcji indywidualnej ogółem i kapitalizacji w PKB Francji. Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych OECD.

Rys. 1. Udział konsumpcji indywidualnej ogółem i kapitalizacji w PKB Francji. Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych OECD.

Jednakże żaden z tych poglądów nie jest bezwyjątkowo słuszny. Podział dochodu narodowego nie jest grą o sumie zerowej, gdyż są kraje, w których „wygrana” jednej strony sporu nie odbywa się „kosztem” drugiej strony. Przykładem może być gospodarka Francji (por. Rys. 1.), w której w latach 2002-2005 „zyskały” obie strony. Najnowsze badania mikroekonomiczne natomiast wykazują, że poza czynnikami politycznymi odgrywają tu rolę inne czynniki, na przykład istotny wzrost rentowności inwestycji w technologicznie zaawansowane środki pracy[2], który sprawia, że rośnie elastyczność dochodów względem kapitału. Natomiast w USA i w Wielkiej Brytanii mimo tradycyjnie silnej pozycji kapitalistów udział konsumpcji indywidualnej w PKB jest wyjątkowo wysoki (prawie 80%), a kapitału wyjątkowo niski (poniżej 20%).

Optymalna trajektoria rozwoju

W krajach ubogich, takich które osiągają niski dochód narodowy w przeliczeniu na jednego mieszkańca, pieniędzy brakuje wszystkim. Silna redystrybucja dochodów jest konieczna, aby konsumenci mieli za co kupować, a przedsiębiorcy mieli dla kogo produkować. Toteż zarobki pracowników i konsumpcja indywidualna gospodarstw domowych mają wysoki udział w podziale dochodu narodowego. W krajach bogatych wielkość bezwzględna konsumpcji może być wysoka mimo, że stanowi niższy procent dochodu narodowego. Po prostu „tort” do podziału jest znacznie większy.

Omawianą zależność ilustruje Rys. 2. Mimo stosunkowo silnego zróżnicowania obu omawianych zmiennych (konsumpcja indywidualna i zamożność mierzona dochodem narodowym per capita) doskonale widoczna jest tendencja: im bogatszy kraj, tym udział konsumpcji indywidualnej w PKB jest niższy.

OECD_gdp

Rys. 2. Udział konsumpcji indywidualnej gospodarstw domowych w PKB w wybranych krajach OECD w 2002 r. Granatowa linia prosta jest prostą regresji liniowej. Strzałką zaznaczono pozycję Polski w r. 2005.
Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych OECD.
AL – Austalia, AU – Austria, BE – Belgia, CA – Kanada, CZ – Republika Czeska, DM – Dania, FI – Finlandia, FR – Francja, GE – Niemcy, GR – Grecja, HU- Węgry, IC – Islandia, IR – Irlandia, IT – Włochy, JP – Japonia, KR – Korea (Republika), MX – Meksyk, NL – Holandia, NZ – Nowa Zelandia, NO – Norwegia, RP – Polska, PO – Portugalia, SL – Słowacja, SP – Hiszpania, SD – Szwecja, SW – Szwajcaria, TU- Turcja, UK – W. Brytania

W ostatnich latach w dużych grupach krajów (UE, OECD) per saldo udział zarobków i konsumpcji indywidualnej w PKB obniża się. Można powiedzieć, że owoce wzrostu produktywności przypadają w większej części kapitałowi, a w mniejszej części pracownikom, a zatem i konsumentom.

Jak wspomniano w poprzednim rozdziale, omawiania tendencja może być skutkiem zarówno zwiększonego nacisku kapitału na politykę społeczno-gospodarczą, jak i nowych zjawisk np. w obszarze zaawansowanych technologii. Należy dodać, że dzięki silnemu wzrostowi produktywności płace realne w krajach OECD rosną, mimo że maleje ich udział w dochodzie narodowym.

Obserwacja wielu krajów przez stosunkowo krótki okres może być równie dobrą podstawą wniosków, jak obserwacja niewielu krajów przez długi okres[3]. Stąd też, mimo zróżnicowania, można postawić uzasadnioną hipotezę, że „uśredniona” zależność uwidoczniona na Rys. 2 przy pomocy prostej regresji wyznacza krajom ubogim optymalną trajektorię wyrywania się z biedy.

W języku bardziej potocznym można powiedzieć, że optymalna trajektoria rozwoju to taka, na której kapitał przedsiębiorców rośnie szybciej, niż produktywność, a konsumpcja indywidualna wolniej, ale na tyle szybko, że wzrost popytu z niej wynikający zachęca przedsiębiorców do inwestycji.

Polski błąd

Polska nie podąża optymalną trajektorią rozwoju. Udział konsumpcji indywidualnej gospodarstw domowych obniżał się w badanym okresie w tempie ok. 3,5 raza szybszym, niż tempo optymalne określone naszą hipotezą. Innymi słowy: przedsiębiorcy „dusili” płace nadmiernie, podobnie sektor publiczny, przy pełnej aprobacie polityki głoszącej hasło „wzrostu płac wolniejszego od wzrostu produktywności”. Co do zasady polityka jak najbardziej słuszna, tym bardziej że nastąpiła po okresie szybkiego wzrostu konsumpcji indywidualnej, ale doprowadzona do niekorzystnej dla gospodarki skrajności.

Jakie tempo byłoby optymalne? Ostrożna ocena wynika wprost z rachunku, który wyznacza prostą regresji pokazaną na Rys. 2, a ściślej – nachylenie tej prostej, wynoszące 0,56% PKB na tysiąc dolarów wzrostu produktywności (dolarów umownych per capita, jak na Rys. 2.). O tyle MAKSYMALNIE można obniżać udział konsumpcji indywidualnej gospodarstw domowych. Jest to ocena ostrożna; z grupy badanych krajów (OECD) usunięto bowiem USA i Luksemburg. Kraje te prowadzą, z różnych zresztą powodów, politykę diametralnie inną niż pozostałe kraje, a uwzględnienie ich dawałoby jeszcze ostrzejszą granicę: 0,43% na tysiąc dolarów per capita wzrostu produktywności.

Rys. 3. Udział konsumpcji indywidualnej ogółem i kapitalizacji w PKB Polski. Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych OECD.

Rys. 3. Udział konsumpcji indywidualnej ogółem i kapitalizacji w PKB Polski. Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych OECD.

Co gorsza, nie towarzyszył temu odpowiedni wzrost udziału kapitału polskich przedsiębiorstw w podziale dochodu narodowego (por. Rys. 3. i Tabela 1.). Oznacza to, że „zaciskanie pasa” poszło na marne. Według danych GUS stopa inwestycji w badanym okresie była alarmująco niska i w związku z tym nasuwa się pytanie: czy to nie nadmiernie niski popyt był przyczyną owego zastoju? Jeśli tak, nasza hipoteza o optymalnej trajektorii rozwoju zyskałaby dodatkowe umocowanie.

Tabela 1. Średnioroczne zmiany (w procentach) wybranych składników dochodu narodowego w latach 2002-2005 w krajach należących do OECD.

Źródło: opracowanie własne autora na podstawie danych OECD

Kraj Konsumpcja indywidualna gospodarstw domowych Kapitalizacja PKB per capita (PPP, waluta umowna) Konsumpcja indywidualna ogółem Wynagrodzenia z narzutami Wynagrodzenia brutto
Norwegia -2,47 4,18 3,74 -2,03 -3,51 -3,62
Polska -1,92 1,15 8,21 -1,75 -2,84 -2,87
Korea -1,88 1,12 4,24 -1,38 1,56 b. d.
Australia -1,32 2,22 4,78 -0,97 -0,27 -0,51
Luksemburg -1,31 -0,83 7,3 -0,47 -0,97 -1
Republika Czeska -1,11 -2,97 7,95 -0,93 0,01 -0,05
Kanada -0,89 3,86 4,14 -0,82 -0,83 b. d.
Holandia -0,82 -0,85 2,63 -0,43 -0,8 -1,38
Irlandia -0,78 6,19 4,3 -0,11 1,86 2
W. Brytania -0,72 0,5 4,42 -0,06 -0,06 -0,99
Grecja -0,67 -0,16 6,81 -0,49 0,28 -0,01
Szwecja -0,59 1,08 4,34 -0,44 -0,79 -1,11
Słowacja -0,39 0,2 9,47 -0,82 -2,58 -1,77
Japonia -0,37 0,43 4,65 -0,22 -1,15 b. d.
Meksyk -0,37 1,84 3,87 -0,39 -3,34* b. d.
Belgia -0,27 2,93 4,3 0,15 -1,01 -0,94
Hiszpania -0,25 3,71 3,85 0,09 -1,04 -1,34
Austria -0,14 -0,11 3,61 -0,01 -0,98 -0,9
USA -0,02 2,28 5,44 0,01 -1,01 -1,48
Szwajcaria -0,01 -0,24 1,56 -3,2 -0,61 b. d.
Niemcy 0,04 -0,32 3,04 -0,05 -1,42 -1,33
Włochy 0,15 -0,76 3,06 0,42 0,83 0,78
Turcja 0,5 5,4 8,81 0,46 0,45 b. d.
Węgry 0,52 -2,41 7,65 0,95 0,93 1,9
N. Zelandia 0,57 3,93 1,76 0,81 1,08 b. d.
Francja 0,65 2,23 3,03 0,69 -0,24 -0,31
Dania 0,76 0,67 4 0,52 -0,91 -1,3
Portugalia 0,99 -3,66 2,02 1,16 -0,15* -0,46*
Finlandia 1,03 4,13 5,17 1,39 1,09 1,25
Islandia 2,92 18,63 7,63 1,98 1,47 b. d.

* W latach 2002-2004.

W świetle danych liczbowych przytoczonych w Tabeli 1. polskie „zaciskanie pasa” było wyjątkowo silne na tle pozostałych krajów OECD. Gorszą sytuację pracowników miała tylko Norwegia, zapewne na skutek wspomnianej klęski żywiołowej. W Polsce natomiast nie mieliśmy ani wielkiej klęski żywiołowej, ani nie nastąpił żaden cud zaawansowanej technologii…

Korekta jest potrzebna

Jeszcze w połowie 2006 roku poczucie niegodziwej płacy, a także złego traktowania[4], było nieomal powszechne wśród polskich pracowników. Duża część przedsiębiorców podzielała opinię, że na rynku jest mało pieniędzy i poddawała się lansowanej przez wielkie korporacje wojnie cenowej[5], redukując koszty i wydatki m. in. kosztem pracowników. Wyglądało to na błędne koło.

Dzisiaj, w końcu września 2007 roku, rynek pracy ma już za sobą falę wielkiej emigracji młodzieży w poszukiwaniu godziwej płacy i normalnych stosunków z pracodawcą, zakończyła się pierwsza faza protestów społecznych na tym samym tle. W ciągu ostatniego roku wynagrodzenia rosły szybciej niż produktywność i wzrosły o ponad 10%. Zatrudnienie rośnie. Marazm wśród pracowników zanika, tym bardziej że zatrudnienie rośnie, co oznacza że przedsiębiorcy siłą rzeczy muszą porzucać najbardziej prymitywny sposób konkurowania wyłącznie ceną.

Silny wzrost płac budzi zrozumiały niepokój ekonomistów, gdyż to zakłócenie może wywołać falę dalszych niekorzystnych następstw, chociaż na razie nie potwierdzają się obawy o narastanie presji inflacyjnej. Natomiast w świetle analiz przedstawionych powyżej następuje właśnie korekta – rynek pracy „odrabia straty” poniesione na skutek zakłócenia wcześniejszego, jakim było nadmierne „zduszenie” płac. Niekorzystne następstwa są nie do uniknięcia, ale można je częściowo łagodzić np. rozważną polityką pieniężną. Lecz propozycje ingerencji w rynek pracy, na przykład otwarcia go dla pracowników z krajów jeszcze biedniejszych, niż Polska, nie wydają się sensowne, gdyż rodziłyby niebezpieczeństwo nawrotu źródeł choroby tego rynku. Nie przeszkadzajmy rynkowi wracać do zdrowia.

———————————-
[1] Są to tzw. fakty Kaldora.
[2] Lawless M., Whelan, K., Understanding the Dynamics of Labour Shares and Inflation, Research Technical Paper, Central Bank and Financial Services Authority of Ireland, May 2007.
[3] Jest to zasada leżąca u podstaw tzw. zespołu statystycznego, dotycząca obserwowanych wielkości uśrednionych.
[4] Por. Sabela, M., Pracownik nieposłuszny, Business Dialog Bulletin, No 2/2007
[5] Por. Góralczyk, A., Co z tą innowacyjnością, Business Dialog Bulletin, No 1/2007

Ekspansja Rosji

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w październiku 2007 r.

Na gospodarkę Rosji często wciąż patrzymy z perspektywy ZSRR, a co najwyżej czasów Jelcyna.  Tymczasem zaszły tam zmiany niezwykle głębokie.

Olgierd Bagniewski

W 16 lat po pierestrojce kilka milionów obywateli byłego ZSRR żyje poza granicami, w samych Niemczech ponad 4 mln, a w Polsce kilkaset tysięcy. Ta informacja nikogo nie zaskakuje. To zrozumiała reakcja na szczelne kiedyś granice, które powodowały, że podróż zagraniczna była prawie tak niewyobrażalna jak podróż w kosmos. Ale zastanawiające jest inne zjawisko. Według ocen ekspertów w Rosji mieszka ok. 10 mln gastarbeiterów, którzy przybyli tam dobrowolnie w poszukiwaniu lepszego bytu. I to jest wielka nowość!

Nie tylko siła robocza migruje względnie swobodnie, również kapitał i to w obie strony. W pierwszej połowie bieżącego roku rosyjskie inwestycje zagraniczne wyniosły 12 mld USD. Rosja przestała też być krajem zadłużonym, posiada bowiem 270 mld USD rezerw dewizowych i to poza 70 mld funduszu stabilizacyjnego. Dla porównania – całkowite zadłużenie zagraniczne wzrosło, głównie w wyniku zadłużania się przedsiębiorstw państwowych, w ubiegłym roku z 214 do 250 mld USD, co stanowi jednak zaledwie 26% PKB. Tymczasem w 1998 r., w momencie kryzysu, rezerwy dewiz i złota wynosiły jedynie 12 mld USD. Wówczas Jelcyn błagał o prolongatę długów, a obecna Rosja Putina agresywnie inwestuje zagranicą.

Współczesna Rosja z szybko rosnącymi obrotami handlu zagranicznego, szczególnie z Europą, w której najważniejszym partnerem handlowym są Niemcy (a obroty pomiędzy tymi krajami wynoszą ponad 30 mld USD), i Chinami z którymi obroty rosną o 30-40% rocznie nie przypomina dawnego Związku Radzieckiego z bardzo autarkiczną gospodarką. Dzięki skokowi cen surowców, szczególnie energetycznych, rośnie nie tylko handel zagraniczny, ale i jego nadwyżka.

Wielkie nadwyżki twardej waluty umożliwiają wszechstronna ofensywę kapitałową za granicę, głownie w Europie, zgodnie z  ustanowionym strategicznym planem inwestycyjnym w Europie. Plan ten nie ogranicza się tylko do energetycznego uzależnienia Starego Kontynentu, czemu służyć ma budowa stale nowych rurociągów dostarczających ropę i gaz, jak i zakup pól w Algierii, czy wreszcie próba zakupu rafinerii w Rotterdamie. Ekspansja  kapitału rosyjskiego dotyczy też innych ważnych strategicznie branż, jak np. towarzystw lotniczych. W lutym 2007 KrasAir zakupił upadający węgierski Malev, wykazując przy tym wielką determinację, gdyż rząd węgierski czterokrotnie podnosił cenę. Rosjanie planują też zakup CSA i Slovak Airlines, jak i rumuńskiego Taromu i bułgarskich Bulgaria Airlines. Największą chęć wykazują na przejęcie kontroli nad włoską Alitalią poprzez  zakup 40% akcji, co umożliwiłoby Aeroflotowi dostęp do bogatej sieci połączeń w basenie Morza Śroziemnego i Ameryki Łacińskiej.

Ewentualne  przejęcie Alitalii wpisane jest w strategiczny plan inwestycji w Europie, podobnie jak zakup – przez zaprzyjaźnionych z Kremlem oligarchów – akcji europejskich firm budowlanych niemieckiego Hochtief i austriackiego Strabagu, czy nabycie hut od koncernu Lucchini.

Rosjanie próbują również wśliznąć się do EADS – koncernu produkującego Airbusy. Chociaż nie udało się im dotąd wprowadzić swoich przedstawicieli do zarządu spółki, to jednak w marcu br. uzyskali  pięcioprocentowy udział w budowie supernowoczesnego A350. Aeroflot zamówił zresztą już 22 takie Airbusy za 4,4 mld  dolarów. Rosjanie uczestniczyć mają też budowie transportowej wersji Airbusa A320

W efekcie rosnących nadwyżek w handlu zagranicznym rubel z zupełnie nie wymienialnego, acz o minimalnej inflacji, stał się w pełni wymienialną i na dodatek jedną z najsilniejszych walut, jednak o dwucyfrowej inflacji, silniejszej w dziedzinie dóbr produkcyjnych (ponad 20%) niż konsumpcyjnych. Siłę rubla zaczynają doceniać zachodnie banki emitując obligacje notowane w rublach, na które zdobywają popyt nie tylko w Rosji, lecz również u międzynarodowej klienteli, która uważa te inwestycje za interesujące. Szybko rosnące ceny surowców i wysoki wzrost PKB spowodowały, że moskiewski indeks giełdowy wzrósł od krachu w 1998 r ponad 30-krotnie, co daje najlepszy przyrost wartości w skali świata i to pomimo, iż  w ostatnich tygodniach odnotowano mały spadek. W tym samym czasie kapitalizacja giełdy moskiewskiej wrosła ponad100 krotnie.

Rosyjski gigant Gazprom z wydobyciem 548 mld m3 jest największym producentem gazu na świecie, a jego strategicznym doradcą od 2004 r jest Deutche Bank AG, co umożliwia Gazpromowi dostęp do miliardowych kredytów. Kurs akcji tego giganta wzrósł od 2001 r dziesięciokrotnie. Rosyjski szósty z najbogatszych oligarchów Oleg Deripaska właściciel największego na świecie koncernu aluminiowego RuSAL zainwestował w akcje General Motors 1,8 mld dolarów. Poczekajmy jeszcze chwilę, a najbogatszy „anglik” Roman Abramowicz zakupi chlubę przemysłu któregoś z zachodnich państw.

Nowy produkt w samą porę

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w czerwcu 2007 r.

W najlepszych strategiach nowego produktu czas zawsze odgrywa ważną rolę. Jak często i w jakich momentach wypuszczać nowy produkt na rynek?

Andrzej Góralczyk

Przede wszystkim planuj zawczasu. Każdy produkt, który dzisiaj sprzedaje się świetnie, prędzej czy później będzie sprzedawał się słabo. Coraz trudniej będzie nam konkurować jego jakością, więc trzeba będzie obniżać cenę. Każdy! Dlatego firmy mające skuteczną strategię nowego produktu planują z dużym wyprzedzeniem, jaki następny produkt podniesie efektywność ich biznesu. I następny. W każdej linii produktów planują co najmniej 2 generacje produktów naprzód.

Inwestuj w odpowiednim momencie. Jeśli wiemy z grubsza, jaki będzie nasz następny produkt flagowy, inwestujmy w jego opracowanie wtedy, gdy obecny produkt przynosi największe zyski. Przeważnie następuje to niedługo po wypuszczeniu go na rynek i wypromowaniu. W najlepszym okresie obecnego produktu inwestujmy w opracowanie następnego, ponieważ później nie będziemy już mieli tak dużych nadwyżek.

Panuj nad cyklem życia Twoich produktów. Obserwuj także cykl życia produktów konkurujących z Twoim i uwzględniaj to w swojej strategii. Najbardziej efektywne strategie wypuszczania nowych produktów są inne, gdy cykl życia jest długi, a inne, gdy jest krótki.

Przy długim cyklu życia obecnego produktu potrzebna jest cierpliwość. Jeśli sprzedaż naszego produktu jeszcze rośnie albo jest stabilna i przewidujemy, że będzie stabilna i niezagrożona konkurencją przez następne 1-3 lata, nie róbmy mu sami konkurencji naszym nowym produktem. W takich sytuacjach często się bowiem zdarza, że sprzedaż całkowita wcale nie rośnie, a tylko nowy produkt wypiera produkt starszy. Ponieśliśmy koszty, ale nie przyniosło to zwiększonych przychodów. Oczywiście nie ma tego niebezpieczeństwa, jeśli nowy produkt NA PEWNO nie konkuruje ze starszym, lecz po prostu poszerza asortyment tego, co mamy do zaoferowania.

Przy krótkim cyklu życia naszych produktów, wymuszanych silną konkurencją, zyski z każdego nowego produktu szybko maleją. W takiej sytuacji mamy do wyboru kilka sprawdzonych strategii. Jeśli nowe produkty, nasze i rywali, pojawiają się rzadziej, niż – powiedzmy – co roku czy co 2 lata, możemy przyjąć strategię pioniera albo strategię „szybkiego następcy”. Pionier musi wyprzedzać konkurencję, choćby o parę tygodni, ale pokonywanie konkurencji w ten sposób jest najbardziej efektywne ekonomicznie pod trzema warunkami. Po pierwsze wyprzedzać powinniśmy stale, lecz tylko „o pół kroku” ponieważ „cały krok” niepotrzebnie pochłania koszty zbyt wcześnie. Po drugie, trzeba mieć bardzo dobry kontakt z rynkiem i skuteczną komunikację, aby za każdym razem zawczasu poinformować potencjalnych Klientów o nadchodzących nowościach. Po trzecie, trzeba mieć bardzo efektywną dystrybucję. Przy krótkim cyklu życia wygrywa na rynku nie ten, który wypuścił nowy produkt dwa tygodnie wcześniej, niż konkurencja, ale ten, który potrafi wcześniej wypełnić nowym produktem kanały dystrybucji. Jeśli się spóźnimy z dystrybucją, wówczas nasza reklama napędzi klientów konkurentom.

Trzeba jeszcze dodać, że często spotykanym błędem pionierów jest produkt nadmiernie zaawansowany. Szybki następca może skutecznie konkurować z pionierem wypuszczając produkt podobny, ale mniej skomplikowany. Poniesie mniejsze koszty, a na rynku znajdzie się wielu Klientów nie będących entuzjastami przełomowych innowacji.

Jeśli cykl życia produktu jest jeszcze krótszy, wówczas planowanie 2-3 generacji do przodu może nam pomóc w sfinansowaniu opracowania nowości w szczególny sposób. Na przykład na niektórych rynkach produktów elektronicznych Klienci chętnie wnoszą przedpłatę na nowy produkt, jeśli tylko wiedzą, jaki on będzie oraz że będzie dostępny wkrótce. Można skorzystać przy tym ze sprawdzonych chwytów marketingowych, np. proponując Klientowi „Kup obecną wersję (gry, programu, telefonu komórkowego itp.) w specjalnym pakiecie za cenę o 20% wyższą, a wówczas następną wersję otrzymasz nieodpłatnie”.

Na czym warto się skupić?

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w czerwcu 2007 r.

Najistotniejsze problemy, które dzisiaj nie pozwalają firmom w pełni wykorzystać okazji stwarzanych przez koniunkturę, to ułomna współpraca w ramach łańcucha dostaw oraz niedoskonałe systemy planowania, zwłaszcza produkcji. Taki jest główny wniosek z majowego badania Business Dialog.

Iwona D. Bartczak

Z badania „Mądrość firm w czasach koniunktury: upraszczanie procesów i minimalizowanie strat” przeprowadzonego w maju 2007 przez Business Dialog we współpracy z HADATAP wynika niezbicie, że największym dzisiejszym zagrożeniem firm jest zaniedbywanie doskonalenia struktur i procesów wewnętrznych (67%), koncentracja na inwestycjach w zdobywanie rynku, kosztem wewnętrznych usprawnień (47%). W trzeciej kolejności wskazano zaniechanie unowocześniania zasobów produkcyjnych (40%), a jako czwarte – lekceważenie doskonalenia kwalifikacji kadry (33% odpowiedzi). Firmy doskonale wiedzą, że warto w czasie koniunktury inwestować w usprawnianie procesów i badania. Obie te pozycje wskazało po 60% respondentów. 53% wskazało modernizację zasobów produkcyjnych.

Paradoksem jest więc, że firmy wiedzą, jak powinny się zachowywać w czasie koniunktury, jakiej hierarchii celów przestrzegać, a jednak bardzo często tak nie czynią. Co jest przyczyną tego zjawiska? Brak wiedzy wewnątrz firmy? Brak motywacji do wyznaczania długofalowych celów? Interesy grup menedżerów i pracowników, które mogłyby być zagrożone w wyniku doskonalenia? W każdej firmie odpowiedź będzie inna, jednak samo zjawisko powinno pobudzić do działania właścicieli i rady nadzorcze oraz zarządów, pilnujących długoterminowych interesów całej firmy.

W badaniu szczególnie interesowano się procesem produkcyjnym. Po czym firmy poznają, że ten proces źle funkcjonuje? Przede wszystkim sygnalizuje im to niestabilna jakość produktów (60% odpowiedzi). Następnie równorzędny procent odpowiedzi uzyskały: wąskie gardła i spiętrzenia oraz trudności w synchronizacji procesu przy zwiększonej różnorodności produktów (47%). Zwracano również uwagę na nieterminowość wysyłek do klientów i brak informacji o produkcji w toku. Większość firm posiada systemy informatyczne wspomagające zarządzanie produkcją. Czy one źle wywiązują się ze swojego zadania? „Im więcej czasu mija od wdrożenia w przedsiębiorstwie zintegrowanego systemu informatycznego, tym bardziej rozwiązania biznesowe oddalają się od tego, co można osiągnąć przy pomocy nowszych technologii IT. Postęp w tej dziedzinie jest ogromny i pracownicy w firmie, mający wiele zadań, nie są w stanie na bieżąco śledzić nowych rozwiązań” – komentuje Zenon Parol, menedżer HADATAP. Jego opinie potwierdza odpowiedź menedżerów na pytanie ankiety o rolę systemów IT. Niemal wszyscy odpowiedzieli, że są użyteczne pod warunkiem, że systematycznie unowocześnia się je lub wymienia na bardziej odpowiadające biznesowi.

Na pytanie szczegółowe, jakie są najistotniejsze przyczyny strat, opóźnień i błędów w procesie produkcyjnym aż 80% respondentów wskazało brak współpracy w łańcuchu dostaw, 73% – niedoskonałość systemu planowania produkcji, a 60% opóźnienia w pozyskiwaniu istotnych informacji. Z praktyki najlepszych firm wynika, że eliminacja strat, opóźnień i błędów powinna być pierwszym działaniem usprawniającym funkcjonowanie firmy. Przeważnie daje to od razu znakomite rezultaty, a także jest punktem wyjścia do bardziej wyrafinowanych projektów doskonalenia i podnoszenia efektywności działania firmy.

Rozkład odpowiedzi w poszczególnych pytaniach wskazuje, że prezesi i dyrektorzy generalni analizują pracę firmy, a więc pracę ludzi, w kategoriach skutku i wyniku, natomiast dyrektorzy operacyjni częściej widzą proces i jego niedoskonałości. Większy potencjał jest w podejściu procesowym, ponieważ pracownicy uczestniczący w procesie mają realną możliwość zmieniania go, doskonalenia. Muszą jednak mieć do tego motywację i akceptację zwierzchników oraz poznać techniki ulepszania procesów. Gromadzeniem wiedzy o biznesie i procesach powinni zajmować się pracownicy w firmie, ale wiedzę o metodykach, rozwiązaniach, narzędziach i trendach najlepiej kupić od zewnętrznych dostawców.

Dyrektor informatyki uczestniczący w badaniu generalnie zgadzają się w swoich opiniach z dyrektorami biznesowymi, jednak widać pewne charakterystyczne różnice. Po pierwsze, są bliżej procesów, więc widzą, że negatywne wyniki firmy, np. dotyczące zdobywania rynku czy niestabilna jakość produktów wynikają właśnie z niedoskonałości w sterowaniu procesem lub w ustawieniu procesu. Szefowie IT nie są związani z praktyką produkcyjną i w związku z tym bardziej przejmują się wyeksploatowanym parkiem maszynowych i przestarzałą technologią niż menedżerowie biznesowi nawykli do codziennych problemów z tego wynikających. Po drugie, szefowie biznesowi bardzo mocno akcentują znaczenie kwalifikacji kadry, zdobywanie utalentowanych pracowników i menedżerów. Są skłonni w to inwestować. Szefowie IT nie dostrzegają tych problemów, być może dlatego, że nie odczuwają niedoboru kompetencji wśród swoich podwładnych.

Wydaje się, że jedni drugich mogą twórczo zainspirować. Menedżerowie odpowiedzialni za wyniki powinni dostrzec, że poprawia się je umożliwiając ludziom dobrą pracę poprzez prawidłowe ustawienie procesu i sterowanie nim, a nie tylko przez presję na pracowników, aby zwiększali wysiłek. Menedżerowie IT natomiast – dobrze, jakby nabyli silniejszego nastawienia na wynik, zwłaszcza gdy podejmują wdrożenia rozwiązań wspomagających i upraszczających procesy biznesowe. Z dialogu między tymi dwiema grupami menedżerów mogą powstać bardzo skuteczne pomysły usprawniania firm.

Poniższe dwa zestawienia prezentują część wyników badania.

1. Jakie są najważniejsze zagrożenia czyhające na dobrze rozwijającą się firmę w czasach koniunktury, zagrożenia płynące z jej organizacji i systemu zarządzania?

47%    a. silna koncentracja na zdobywaniu udziałów w rynku i zwiększaniu sprzedaży, lekceważenie wewnętrznych usprawnień
13%    b. rozdźwięk między rosnącym popytem a możliwością jego zaspokojenia w terminie
27%    c. lekceważenie jakości, gdyż „rynek i tak weźmie wszystko”
67%    d. zaniedbanie doskonalenia struktur i procesów wewnętrznych
33%    e. lekceważenie doskonalenia kwalifikacji kadry
40%    f. zaniechanie inwestycji w unowocześnianie technologii produkcyjnych
7%    g. spowolnienie rozwoju systemów wsparcia biznesu
20%    h. niska motywacja do innowacyjności
13%    i. brak umiejętności lub niechęć do ujawniania strat i błędów
7%    j. wewnętrzne słabości, które nie pozwalają wykorzystać wszystkich okazji rynkowych

2. W co najlepiej inwestować podczas dobrej koniunktury?

20%    a. marketing i promocję
20%    b. infrastrukturę i kadrę handlową
20%    c. nowe produkty
53%    d. modernizację zasobów produkcyjnych
27%    e. systemy informatyczne wspierające biznes
60%    f. usprawnianie procesów biznesowych
60%    g. badania i rozwój
20%    h. pozyskanie dobrej kadry menedżerskiej i specjalistów
13%    i. szkolenie

Ewolucja metod tworzenia opisu procesowego organizacji

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w kwietniu 2007 r.

Pojęcie procesu biznesowego na dobre zadomowiło się w biznesowej rzeczywistości i nikogo nie dziwią inicjatywy, często bardzo kosztowne, mające na celu opisanie czy usprawnianie procesów biznesowych. Niestety, wraz z popularyzacją podejścia procesowego do zarządzania organizacją, pojęcie procesu biznesowego uległo rozmyciu.

Artur Kasprzyk

Procesem biznesowym nazywa się całe obszary funkcjonowania organizacji, takie jak marketing czy sprzedaż, procesem biznesowym jest zarazem dużo mniejszy obszar działania, taki jak obsługa zamówienia; równie często procesem biznesowym nazywa się opis działań realizowanych przez narzędzia informatyczne klasy BPMS. Z drugiej strony opis procesów biznesowych jest najczęściej wykonywany na poziomie „ogólnej” koncepcji działania, bardzo często z łamaniem zasad języka wykorzystywanego do utworzenia opisu. Z przykrością należy stwierdzić, iż w dużym stopniu do takiego stanu rzeczy przyczyniają się projekty związane z pozyskaniem normy ISO, w ramach których firmy audytorskie akceptują niepoprawne opisy, sankcjonując tym samym brak precyzji i niejednoznaczność. Na skutek tego  rodzi się przekonanie, iż opis procesów służy głównie pozyskaniu normy ISO oraz jakiejś wąskiej grupie ludzi, która jest za nie odpowiedzialna. Podawana jest także w wątpliwość sama idea procesowości, poprzez podniesienie prostych, ale jakże trafnych argumentów w stylu „skoro tak prosto działamy, jak nam tutaj zaprezentowano, to skąd się bierze tylu sprinterów w garniturach na korytarzach firmy?”. Codzienne życie organizacji jest niewrażliwe na wyniki certyfikacji.

Splot tych czynników powoduje, iż z uruchamianych projektów wdrażania podejścia procesowego do zarządzania organizacją niewiele kończy się sukcesem biznesowym.

Niniejszy artykuł ma na celu zaprezentowanie obecnego stanu adaptacji podejścia procesowego i zagrożeń, jakie przy tym występują oraz wskazanie tych kierunków jego rozwoju, które stwarzają nadzieję na osiągnięcie większych korzyści z  inwestycji w projekty wdrażania procesowych metod zarządzania. Z uwagi na objętość materiału, w artykule nie zostanie zaprezentowane powiązanie pomiędzy mapami strategii a modelem procesowym organizacji.

Obecny etap adaptacji podejścia procesowego

Z punktu widzenia dostępnych technik opisu procesów wydaje się, iż w Polsce1 większość projektów jest realizowana z wykorzystaniem podejścia opartego na karcie przepływu procesu (flowchart), popularnego na rynku od kilkudziesięciu lat. Omawianą technikę opisu można z powodzeniem stosować w wielu obszarach funkcjonowania organizacji, w których „liniowość” jest naturalną cechą prowadzonych działań. Typowymi przykładami są liniowe procesy produkcyjne, procesy administracyjne czy też procesy w organizacjach podlegających ścisłym rygorom prawnym (np. w bankach). Zgodnie z tym podejściem w dalszych fazach wdrażania zmian w organizacji procesy są uzupełniane procedurami postępowania uwzględniającymi reguły biznesowe zidentyfikowane podczas opisu. Podstawowym ograniczeniem tego podejścia jest konieczność opisania wszystkich dozwolonych sekwencji działań oraz zbyt skromne możliwości reprezentacji działań uruchamianych współbieżnie (w tym także innych procesów) w zależności od stanu realizacji danego procesu. Słabości te czynią metodę mało użyteczną w sytuacjach, w których nie sposób przewidzieć wszystkich możliwych konfiguracji działań. Typowa sytuacja tego rodzaju to działania sprzedażowe, w trakcie których kolejne czynności są na bieżąco wybierane – spośród  określonego dozwolonego zbioru – na podstawie stanu realizacji negocjacji handlowych.

Przykładem języka modelowania omawianego typu jest mocno już okrzepła i popularna metoda Rummlera-Brache’a. Inny przykład to notacje konstruowane ad hoc na potrzeby poszczególnych projektów w oparciu o podstawowe symbole przepływu pracy dostępne w popularnym pakiecie Visio.

W praktyce opis oparty na flowchart okazuje się często zbyt uproszczony, nie odzwierciedla złożoności i różnorodności współczesnych procesów biznesowych. Trudno jest na podstawie takiego opisu sformułować specyfikację oczekiwanego wsparcia działań organizacji technologiami informatycznymi – zestawy wymagań są bądź zbyt ogólne, by mogły stanowić podstawę do świadomego ich zatwierdzenia, bądź zawierają zbyt wielką mnogość oczekiwań, znacznie ponad rzeczywiste zapotrzebowanie. W efekcie może to prowadzić do budowy lub zakupu systemów, z których spora część funkcjonalności będzie niewykorzystana, a brakować będzie kluczowych funkcjonalności, które nie zostały zidentyfikowane z powodu zbyt ogólnego opisu zasad działania organizacji.

Informatyka skupia swoje zainteresowanie na procesach biznesowych gdyż potrzebuje precyzyjnych i kompletnych specyfikacji wymagań biznesu wobec narzędzi, które biznesowi udostępnia – narzędzi wspomagających zarządzanie procesami poprzez integrowanie działania systemów informatycznych oraz działania pracowników w ramach jednego wspólnego środowiska pracy. O wpływie tychże narzędzi na model procesowy organizacji traktuje następny rozdział.

BPMS

Wraz z falą fascynacji architekturą zorientowaną na usługi (Service Oriented Architecture, SOA) rośnie zainteresowanie tzw. systemami zarządzania procesami biznesowymi, określanymi akronimem BPMS. Są to systemy informatyczne, których zadaniem jest definiowanie procesów biznesowych oraz umożliwienie ich późniejszego nadzoru. Lecz dla potrzeb systemu informatycznego procesy muszą być opisane w sposób jednoznaczny i dokładnie odpowiadać rzeczywistości. Zestawienie tego wymogu z dotychczasową praktyką zarządzania, dopuszczającą pewien margines dowolności (jak w przypadku opisanej wyżej metodologii wykorzystującej flowcharts) rodzi zasadniczą wątpliwość. Z jednej bowiem strony narzucenie ścisłych wymogów formalnych na opis procesu daje spore szanse na usprawnienie pracy, ale z drugiej strony spore zagrożenie jej paraliżu, a co najmniej odczuwalnych niedogodności. Moim zdaniem jedynym powodem tej kontrowersji jest stale jeszcze otwarte pytanie o możliwość oddania rzeczywistości przy pomocy dostępnego języka modelowania.

Zakładając umiejętność precyzyjnego modelowania, o tym, czy ostatecznie projekt zaowocuje sukcesem czy porażką w dużej mierze zadecyduje, czy przyjęty przez narzędzie paradygmat modelowania umożliwia odzwierciedlenie rzeczywistości. Jeżeli modelujemy przy pomocy np. coraz popularniejszego języka BPMN, wówczas jesteśmy w stanie perfekcyjnie oddać wszystkie wariancje w ramach procesów przemysłowych. Aczkolwiek, istnieje ryzyko pojawienia się problemów, jeśli naszym zadaniem będzie wsparcie narzędziami do zarządzania procesami działów sprzedaży czy marketingu. Przed jeszcze trudniejszym zadaniem staniemy w przypadku firm produkujących oprogramowanie, w których jedne procesy są definiowane ad hoc w ramach realizacji innych procesów.

Rozwiązania komplementarne

W sukurs obecnym już na rynku metodom modelowania i zarządzania procesami przychodzą nowe podejścia, uzupełniające dotychczas stosowane techniki i narzędzia. Część z nich już została uznana na rynkach bardziej dojrzałych i chętniej adaptujących nowe trendy, część z nich dopiero zaczyna „nabierać rumieńców”.

Jedną z technik modelowania struktur procesowych, pozwalającą uczynić z monolitycznych konstrukcji swobodnie powiązane fragmenty działań, jest Event-Driven Architecture (EDA). Według tej koncepcji, której stosowanie jest niesłusznie zawężane jedynie do rozwiązywania problemów informatycznych, opisywany organizm (bez względu na to, czy jest to proces biznesowy, czy też działanie wewnątrz infrastruktury IT, np. opartej na SOA) składa się z wielu autonomicznych składowych, komunikujących się wzajemnie w sposób asynchroniczny poprzez wysyłanie i odbieranie zdarzeń. Koncepcja taka zbliża zdecydowanie tworzony model procesów biznesowych do realiów funkcjonowania organizacji, w której jedne działania (np. obsługa zgłoszenia reklamacyjnego) komunikują się z innymi obszarami funkcjonowania organizacji (np. obsługa usterki) poprzez przesłanie komunikatów (np. e-mail). Organizacja jest wówczas postrzegana jako zestaw „uruchomionych” drobnoziarnistych działań, które w odpowiednich momentach wysyłają do organizacyjnego uniwersum sygnały o osiągnięciu określonego stanu, w efekcie czego może dojść do uruchomienia, zakończenia czy też wybudzenia innych działań. Oczywiście, można zarzucić pomysłowi, iż miast wielkich bloków działań („na których wszystko widać”), uzyskujemy dużo większą liczbę działań drobniejszych, powiązanych wzajemnie pajęczyną niejawnych zależności. Ale czy nie tak wyglądają nasze organizacje?

Innym kierunkiem rozwoju podejścia procesowego jest koncepcja zarządzania sprawami (case management, case handling), według której w ramach obsługi sprawy (instancji procesu), zespół przypisany do jego realizacji współdzieli informacje powstające w ramach obsługi tej sprawy, a działania (ciągi akcji) są podejmowane w momencie, gdy spełnione są wymagane do tego warunki (np. informacja opisująca osiągnęła określony stan). Osoba pracująca nad sprawą decyduje (a nie „wnioskuje” z przygotowanego wcześniej opisu) o kolejnym działaniu, jakie ma zostać wykonane. W przeciwieństwie do wcześniej wymienionych technik, podejście zakłada, iż w ramach obsługi sprawy mogą się pojawić dane (dokumenty itp.), których nie przewidziano w opisie procesu (w „tradycyjnym” podejściu procesowym projektant procesu określa jakie dane będą przetwarzane). Przykładem obszarów zastosowań tego typu podejść mogą być sprawy sądowe, czy zgłoszenia szkód w firmach ubezpieczeniowych.

Kolejne podejście, nazywane zarządzaniem ludzkimi interakcjami (human interaction management, HIM) uwzględnia jeszcze większą „nieprzewidywalność” działań w ramach opisu procesów. Zgodnie z teorią HIM, ludzie wykonujący pracę umysłową pracują według określonych wzorców postępowania. Przez większą część czasu wykonywana praca, mogąca trwać tygodnie, miesiące czy lata, może nie przynosić wymiernych efektów, jakich oczekuje się od procesu, co nie oznacza, iż proces nie jest realizowany. Podejście zakłada bowiem, iż kluczową rzeczą – z punktu widzenia procesów opierających się na pracy umysłowej – jest zdefiniowanie interakcji pomiędzy rolami (rozumianymi w znaczeniu zdefiniowanym w technice RAD2) biorącymi udział w realizacji procesów oraz wskazanie warunków wejściowych pozwalających na uruchomienie danego działania i wyjściowych pozwalających uznać je za zakończone. Przy takim podejściu, realizowany proces jest postrzegany jako zbiór wykonywanych „atomowych” działań, a każda z ról biorących udział w procesie postrzega go jako zestaw działań, które powinna w danym momencie wykonywać. Kolejną, cechą charakterystyczną dla omawianego podejścia jest założenie, iż w ramach ról biorących udział w realizacji konkretnego procesu istnieje wystarczająca kompetencja oraz organizacyjne umocowanie, by móc zredefiniować proces w trakcie jego wykonywania (można uznać, iż początkowo każda instancja procesu jest uruchamiana zgodnie z ustalonym wzorcem, ale w toku realizacji prac kształt instancji procesu może ulec zmianie). Przykładem tego typu procesów są działania związane z opracowywaniem kampanii marketingowej czy budową systemów informatycznych, w których ciężko a priori przewidzieć działania, które będą wykonywane w celu doprowadzenia  przedsięwzięcia do końca.

Podsumowanie

Obserwacja działań podejmowanych w naszym kraju w obszarze modelowania procesów biznesowych nie napawa optymizmem. Spośród sporej liczby projektów, które mieliśmy okazję audytować, czy po prostu przyglądać się im, duża część (50-60%) była realizowana bez jasnego i przemyślanego pomysłu, nie mówiąc już o systematycznej metodyce. To przeraża. Szczególnie niedobrze jest w projektach, w których modele procesów biznesowych tworzone są  przez zespoły pracujące nad wdrożeniem rozwiązania informatycznego. Pomijając ewentualny wpływ kwestii etycznych (konflikt interesów: albo poprawnie albo tak, aby model procesów pasował do systemu, który akurat mamy), w wielu przypadkach powodem takiego stanu rzeczy jest najzwyczajniej w świecie brak odpowiednich kompetencji w zespole realizującym projekt. Na to nakłada się bardzo często brak wystarczającej wiedzy o sposobach modelowania procesów oraz o korzyściach z tego płynących po stronie zamawiającej. W efekcie powstają modele procesów, których nikt nie czyta, do których nikt się nie stosuje i których nikt nie utrzymuje. Opisy procesów na potrzeby norm ISO, które pracownicy „wkuwają” na dzień przed wizytą audytora, by dzień później o nich zapomnieć. Opisy procesów rozpoczęte na początku uruchomienia projektu wdrożenia systemu informatycznego i porzucone gdzieś w trakcie ich realizacji, gdyż „nie było już czasu”. I co gorsza, ogólne przekonanie, iż modelowanie procesów niewiele jest warte, bo nie ma z tego żadnych biznesowych korzyści, a za to całe mnóstwo problemów.

No ale czemu się dziwić? Żyjemy w kraju, w którym występuje chyba ewenement w skali światowej – wykładowcy na konferencjach „branżowych” muszą zapłacić za możliwość wystąpienia! Skoro tak się sprawa ma, to inwestycja musi się zwrócić. Toteż uczestniczymy w imprezie bardziej propagandowej niż merytorycznej i otrzymujemy taką wiedzę, na otrzymanie jakiej zgodziliśmy się. Kolejna obserwacja – z jakiś nieznanych powodów, jesteśmy bardzo wrażliwi na brak wdrożeń referencyjnych w Polsce. Bardzo często oceniając dojrzałość rozwiązań nie ufamy temu, iż na świecie od lat pracuje się jakimiś metodami, czy wykorzystuje określone narzędzia. A przecież dość oczywistym jest fakt, iż w gospodarkach znajdujących się na wyższym poziomie rozwoju, w których dysponuje się większymi budżetami, ale też i konkurencja jest ostrzejsza, szybciej próbuje się adaptować nowe technologie. Czekamy na sukcesy krajowych wdrożeń owych sprawdzonych już na świecie podejść i narzędzi, a tymczasem świat ucieka nam do przodu. Na własne życzenie czekamy, aż ktoś nas wyprzedzi.

Sprawdzajmy więc to, co jest dostępne w ramach szeroko pojętego podejścia procesowego. Dostępne na świecie, a nie tylko w okolicznych województwach. Oceniajmy dostępne rozwiązania i nie bójmy się eksperymentować; wybierajmy konferencje, które nie noszą znamion wydarzenia marketingowego (często marka organizatora wskazuje na charakter konferencji); czytajmy uznaną literaturę branżową i na niej starajmy się wyrabiać swoją opinię. Przy takim podejściu do wdrażania nowych myśli i technologii mamy szansę na rzeczywiste usprawnienia i czerpanie garściami korzyści, jakie daje dobrze wdrożony pomysł. A mamy z czego wybierać, co starałem się pokazać powyżej.

„Konteksty Outsourcingu” – pierwsze wnioski

To jest materiał archiwalny z pierwszej witryny Dyrekcji.

Seria dyskusji pod wspólnym hasłem „Konteksty outsourcingu” rozpoczęła się przed długim majowym weekendem (2006 r.). W spotkaniu uczestniczyli menedżerowie z różnych sektorów: od energetyki po media, a debata dotyczyła głównie trzech tematów: stosunków dostawca-odbiorca usług outsourcingowych, zarządzania ryzykiem po obu stronach kontraktu i ekonomiki przedsięwzięcia. Spojrzenie na outsourcing z obu stron naprawdę inspiruje.

W projekcie „Konteksty outsourcingu” na warsztat wzięto procesy biznesowe, ale – tak jak się spodziewałem – dyskusja dotyka również „egzotycznych” obszarów i przykładów, np. outsourcingu pracy twórczej :-).


Kilka wniosków z pierwszych debat „Konteksty outsourcingu” w Salonie Business Dialog

Outsourcing jest to przekazanie firmie zewnętrznej aktywów materialnych i niematerialnych, z zamiarem czerpania większych pożytków z nowej kompozycji aktywów, traktowanych jako źródła wartości. W przedsięwzięciu outsourcowania szczególną wagę ma przepływ aktywów niematerialnych oraz pożytków z nich czerpanych.

Myślenie o outsourcingu należy zaczynać od odpowiedzi na pytanie, które nasze zasoby wykorzystujemy w 100%, a które nie. Zasoby nie w pełni wykorzystane są pierwszymi do zastanowienia, czy aby ich nie oddać firmie zewnętrznej w zarząd. Outsourcing jest metodą synchronizacji zasobów z potrzebami. W języku finansowym nazywa się to transformacją kosztów stałych w koszty zmienne. Potencjalnie transformacja ta może przyczynić się do redukcji rezerwy zasobów niezbędnej do elastycznego reagowania na zmiany warunków biznesu.

Jeśli firma chce być elastyczna na co dzień, chce szybko reagować na rynek, na zmiany, to musi pogodzić się z wyższymi kosztami, bo po prostu musi mieć nadwyżkę – w stosunku do aktualnych potrzeb – zasobów, aby ta reakcja była możliwa. Posiadanie zasobów jest więc kosztowne, ale daje elastyczność w reagowaniu na bieżące sytuacje. Outsourcing zmniejsza koszty posiadania, ale w niektórych przypadkach odbiera tak rozumianą elastyczność. Daje elastyczność innego rodzaju: środki, która firma wcześniej angażowała w administrację i rozwój obszaru obecnie outsourcowanego, może obecnie zaangażować w inne obszary, zwiększające jej konkurencyjność.

Outsourcing może pomóc w harmonijnym inwestowaniu, ustrzec przed przeinwestowaniem, skokowością pozyskiwania zasobów.

Outsourcing zmienia sposób zarządzania całą pozostałą działalnością po oddaniu w outsourcing pewnego obszaru działalności. Im większy i bardziej znaczący jest to obszar, tym większych zmian wymaga sposób zarządzania tym, co w firmie zostało. Co zatem musimy zmienić w zarządzaniu naszymi aktywami wewnętrznymi, jeśli określone aktywa oddamy w outsourcing? — oto kluczowe pytanie.

Tymczasem, jeśli decyzję o outsourcingu w danym obszarze, np. w IT podejmuje arbitralnie zarząd, to tak naprawdę na niższym szczeblu zarządzania, choćby szefa tego obszaru, nie ma merytorycznej dyskusji o tym, jakie są prawdziwe uwarunkowania outsourcingu, co trzeba zmienić w strukturach zarządzania, jak zagospodarować uwolnione zasoby. Przez ten brak debaty wiele potencjalnych korzyści z outsourcingu staje się utraconymi korzyściami, a firma w końcu centralizuje wcześniej wydzielone funkcje i procesy. Bez względu na tryb podejmowania decyzji o outsourcingu, muszą ją zrozumieć wszyscy menedżerowie, tylko wtedy wypracują nowe zasady.

Outsourcing może skutkować odcięciem od rynku, od wiedzy rynkowej w obszarze outsourcowanym. Trzeba stworzyć mechanizm zachowania takiej wiedzy – a także wiedzy merytorycznej – w firmie macierzystej.

Strony kontraktu outsourcingowego powinny mieć jednakową świadomość kosztów i ich struktury w obszarze, który jest przedmiotem kontraktu.

Kryteria dla podjęcia decyzji o outsourcingu, zarówno co do obszaru, jak i opłacalności, dają się sformułować w kategoriach bilansowania wartości: kosztów i tworzonych dzięki niemu korzyści.

Przyjmę pieniądze bez zobowiązań

Poszukując możliwości sfinansowania rozwoju firmy warto uwzględnić mechanizmy funkcjonowania rynków kapitałowych.

Zdaniem inwestora

Aleksander Lesz

Czytałem ostatnio prospekt emisyjny dość dużej firmy. Wynikało z niego, że chce ona pozyskać z rynku dwa razy więcej kapitału, niż ma obecnie, na tzw. „rozwój”, a w zamian za to udziałowcy oddadzą 20% akcji tej firmy. Dziś co prawda zyski są na poziomie zero lub na małym plusie, ale już za 3 lata będzie go dużo, dużo więcej! A co, jeśli się tak nie stanie? No cóż – nic – dla inwestora to ryzyko biznesowe. Czyli uwierz na słowo, daj pieniądze i zapomnij!

Niestety w polskiej rzeczywistości to dość rozpowszechniony sposób myślenia właścicieli firm o sposobach i możliwościach pozyskiwania kapitału. Tymczasem, w zderzeniu z realiami, na łatwe z pozoru pytanie, po co właściwie przedsiębiorca założył firmę, odpowiedź nie jest oczywista. Najczęściej słyszymy: „chciałem wreszcie zacząć pracować dla siebie i nie mieć żadnych ograniczeń dla własnych pomysłów”. Wkrótce jednak okazuje się, że tak naprawdę założyciel firmy nie pracuje tylko dla siebie, lecz także dla akcjonariuszy, a ograniczeń dla realizacji jego pomysłów jest więcej, niż mu się wydawało. Zaś podstawowym ograniczeniem są pieniądze.

Poszukując możliwości sfinansowania rozwoju firmy warto uwzględnić mechanizmy funkcjonowania rynków kapitałowych, które ujmę w trzech prostych zasadach.

Banki twoim (nie)przyjacielem

Banki pożyczają pieniądze tylko tym, którzy je mają. Ryzyko kredytowe banków musi mieć zabezpieczenie – najlepiej w płynnych aktywach, na przykład w akcjach w publicznym obrocie, a jeśli takowych nie ma, to w gotówce. W bankach można szukać pieniędzy, ale są one ostatnim miejscem, gdzie należy szukać kapitału.

Drugi sposób pozyskania środków na rozwój to sięgnięcie do ogromnego rynku kapitałów funduszy kapitałowych. Na rynku jest dużo więcej pieniędzy do zainwestowania, niż projektów nadających się do sfinansowania.

Pieniądze (nie)oddam w dobre ręce

Dla funduszu – jeszcze zanim w ogóle przystąpi on do analizowania biznesu, w który ma zainwestować – najważniejsze są 2 kwestie: czy właściciel jest gotów podzielić się władzą w firmie oraz kiedy chce wyjść z inwestycji, ponieważ jak wiadomo człowiek nie żyje wiecznie. W dziewięciu na dziesięć przypadków właściciel nie wie, o co się go właściwie pyta. No bo po co ma się dzielić władzą, skoro wszystko w firmie idzie świetnie, a on wie co dalej robić? I po co ma wychodzić z inwestycji, skoro gdyby coś się stało, to przecież on ma dzieci lub przyjaciół, którzy świetnie dadzą sobie radę z prowadzeniem firmy.

To właśnie druga zasada – dziel się władzą i pieniędzmi z akcjonariuszami. Paradoks polega na tym, że kierujący funduszami bronią się jak mogą przed uczestniczeniem w bieżącym zarządzaniu firmą, w którą inwestują i robią to tylko w przypadku jakiejś katastrofy. Przeważnie ograniczają się tylko do kontroli przepływu pieniędzy w firmie oraz do sprawdzania, czy firma osiąga wspólnie uzgodnione cele.

Zysk (nie)zamienię na gotówkę

Najważniejsze dla działania firmy jest to, czy ma ona pieniądze w kasie, ważniejsze od zysku lub straty. „Cash flow is king” – przepływ pieniędzy jest królem! Dla właściciela i założyciela firmy ta zasada nie jest oczywista. Przecież banki, kontrahenci, urzędy skarbowe – wszyscy oni patrzą na zysk lub stratę. Kontrolą gotówki powinien zaczynać się i kończyć dzień pracy szefa firmy! Wiele jest przykładów na rynku dowodzących, że firma upada niezależnie od wyniku finansowego, lecz dlatego, że zabrakło jej gotówki.

Podsumowując gotów jestem zaryzykować stwierdzenie, że dziś w Polsce najczęściej firmy szukają kapitału gdy już jest za późno, albo szukają tak, aby nie znaleźć, tzn. z przyszłym inwestorem nie chcą się dzielić ani władzą, ani pieniędzmi.

Autor był założycielem i prezesem Softbank-u.

Jest to pełna wersja artykułu opublikowanego w Forbes we wrześniu 2006 r.

Takt Pana Imai

Podczas spotkania z Masaaki Imai dowiedzieliśmy się od niego o kilku nowych elementach koncepcji doskonałego systemu produkcyjnego.

Zdaniem Pana Imai KAIZEN to filozofia praktyczna. Praktyczne zadanie, w którym znalazła zastosowanie, to przekształcenie tradycyjnego systemu zarządzania produkcją w system „ciągnący” (ang. pull).

Elastyczność

W systemie tradycyjnym mamy do czynienia z produkcją wsadową, a korzyści oczekujemy przy dużej skali, gdy możemy przetwarzać stosunkowo duże partie materiału. W praktyce jednak korzyści skali często są iluzją, ponieważ nawet jeśli rynek zaakceptuje produkty standardowe, zmienia się wielkość popytu, która jest niewiadomą.

W systemie ciągnącym wyeliminowana została cała skomplikowana maszyneria planowania produkcji, gdyż produkuje się po otrzymaniu zamówienia. Zlecenie produkcyjne nie pochodzi z działu planowania produkcji, lecz jest nim zamówienie klienta. Firma musi być tak elastyczna, aby była w stanie produkować wyroby i usługi na zamówienie klienta.

Klient zamawia produkty różnorodne, jest niecierpliwy, wielkość zamówień zmienia się. Elastyczność oznacza więc:

  • łatwość przestawiania się na różne produkty,
  • natychmiastową reakcję na zamówienie klienta i szybka dostawę,
  • łatwość dostosowania się do zmiennej wielkości zapotrzebowania rynku.

Takt

Wiele rozwiązań zapewniających ową elastyczność jest znanych, więc w rozmowie staraliśmy się wyciągnąć (pull :-)) od Pana Imai nowe idee. Guru zaskoczył nas, odwołując się do najstarszej chyba koncepcji tzw. naukowej organizacji pracy – do taktu. Krótko przypomniał tę ideę, pochodzącą z Niemiec: jeśli klient zamawia 1000 sztuk produktu, to takt jest bardzo łatwo wyznaczyć. Zmiana produkcyjna ma 28 tysięcy sekund, więc co 28 sekund musi „schodzić” jedna sztuka produktu.

Lecz dzisiaj, w najbardziej na świecie zaawansowanym systemie produkcyjnym (patrz System Produkcyjny Toyoty w naszej encyklopedii), koncepcja taktu wykracza daleko poza zwykłe obliczenie czasu cyklu.

  1. Co musi się zmieścić w takcie? W takcie trzeba sprawdzić jakość operacji poprzedniej (i w razie czego odrzucić wadliwą sztukę) oraz wykonać swoją część procesu przetwarzania. Czyli oprócz przetwarzania mamy tu inspekcję nastepczą, charakterystyczną dla współczesnej poka-yoke, skracającą do minimum sprzężenie zwrotne pomiędzy popełnieniem błędu a reakcją na ten błąd (patrz artkuł o poka-yoke w naszej encyklopedii).
  2. Wyeliminowana została cała niepotrzebna interwencja menedżera. Każdy wie przecież, że trzeba zrobić, co należy, w 28 sekund. Ani szybciej, ani wolniej. W połączeniu z poprzednim punktem daje to pełną Standardową Procedurę Operacyjną (jakość, koszt i wymagana szybkość) w jednym takcie, na każdym stanowisku pracy.
  3. Wielkość popytu waha się, więc opłacalność systemu produkcyjnego ustawia się nie na popyt największy, jak w tradycyjnym „zachodnim” zarządzaniu produkcją, lecz mniej więcej pośrodku pomiędzy maksimum i minimum poziomu zapotrzebowania rynku. Próg rentowności ustawia się więc np. na 60% wykorzystania mocy produkcyjnych. Wówczas straty z okresu małego zapotrzebowania rynku są kompensowane nadwyżkami z okresu zwiększonego zapotrzebowania. Oczywiście okres mniejszego zapotrzebowania wykorzystany jest na prace porządkowe, remonty itp.

Trzeci punkt wymaga oszczędnego inwestowania. Zakład musi być tani, wyposażony w tanie urządzenia i maszyny, najlepiej małe i proste, aby łatwo było je przestawiać i przerabiać. Najlepiej, aby przestawienie zajmowało nie więcej, niż takt. Ponadto maszyny nie powinny być szybkie, aby nie sprawiały kłopotów przy synchronizacji taktu.

System

KAIZEN, czyli Ciągłe Ulepszanie, kojarzy nam się z doskonaleniem procesu – stabilizowaniem go poprzez Statystyczne Sterowanie przez Jakość oraz wyszczuplaniem (ang. streamlining). Pan Imai powiedział, że to już przeszłość! Dokładniej – etap, który Japończycy mają za sobą. Gdy proces jest już dobrze zaprojektowany i realizowany, większość problemów wynika z systemu, a nie z procesu! System determinuje proces! Więc trzeba doskonalić system.

Ludzie na Zachodzie traktują system według swoich wyobrażeń, a nie według realiów, więc nadmierną wagę przywiązują do technologii, techniki i komplikacji. Tymczasem z systemem mamy do czynienie po prostu wtedy, gdy na każdy sygnał przewidziany w systemie istnieje standardowa, przewidziana w systemie reakcja. Właśnie TAKT według opisanej wyżej koncepcji jest systemem – wszyscy wiedzą ile czego zrobić, w jakim czasie i w jaki sposób zapewnić jakość. System prawie bez poleceń i zleceń „z góry”, gdyż takt dyktowany jest przez klienta.

Napisałem „prawie”, gdyż w owym „systemie bez poleceń” menedżment ma – paradoksalnie – szersze zadania, niż w zachodnim zarządzaniu zorientowanym na wynik (ang. Performance Management). Menedżment ma nie tylko osiągać wynik, ale dodatkowo – zmieniać system.

Zdaniem Pana Imai dzisiaj wysiłek KAIZEN kierownictwa poświęcany jest bardziej na doskonalenie systemu, niż na doskonalenie procesu.

Spotkanie z Panem Imai odbyło się w styczniu 2005 r.

Kontrakt i co dalej?

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w kwietniu 2007 r.

Pani Bogusława Cimoszko-Skowronski zajmuje się inwestycjami, zwłaszcza kojarzeniem inwestorów z krajów wysoko rozwiniętych z polskimi przedsiębiorcami potrzebującymi kapitału. W rozmowie z Andrzejem Góralczykiem mówi o współpracy inwestora z przedsiębiorcą.

Bogusława Cimoszko-Skowronski

Bogusława Cimoszko-Skowronski

Bogusława Cimoszko-Skowronski – Zanim przejdziemy do głównego tematu chcę powiedzieć, że moim zdaniem inicjatywa klubu „Inspirations” jest bardzo potrzebna, m. in. do przełamywania barier piętrzących się przed ludźmi już doświadczonymi w biznesie, którzy rozważają założenie własnej firmy. W Polsce są bariery specyficzne, a jedną z nich jest lęk potencjalnego przedsiębiorcy przed utratą statusu. Bo w Polsce prywatny przedsiębiorca ma niższy status, niż pracownik korporacji. Odwrotnie, niż np. w USA, gdzie taki śmiałek jest traktowany jak bohater.

Andrzej Góralczyk – W jaki sposób potencjalny inwestor uwzględnia odwagę przedsiębiorcy, gdy ocenia czy warto inwestować w jego biznes?

B. C. S. – W ogóle bardzo ważne jest, co to za człowiek. Równowaga pomiędzy motywacją, czy „wewnętrznym napędem” i odwagą a rozsądkiem, konieczna u przedsiębiorcy rozwijającego biznes przejawia się w całkiem praktycznych kryteriach – powinien być to człowiek decyzyjny i jednocześnie rozumiejący ryzyko.

A. G. – Rozumiem, że inwestor dąży do tego, aby nie angażować się w proces decyzyjny. Czy to jest reguła?

B. C. S. – W konkretnym przypadku to zależy od oceny ryzyka. Rzeczywiście dobrze jest, jeśli przedsiębiorca ma dużo swobody podejmowania decyzji i nikt mu nie przeszkadza, dopóki idziemy w dobrym kierunku. Natomiast ważne jest, aby inwestor miał zagwarantowaną możliwość interwencji, gdy idzie źle. Dlatego biorąc ocenę ryzyka za podstawę trzeba precyzyjnie ustalić w kontrakcie podział odpowiedzialności i uprawnień decyzyjnych na wszystkich poziomach, tzn na szczeblu operacyjnym, szczeblu rady nadzorczej i szczeblu właścicielskim. Swoboda jest niezbędna aby była motywacja, a możliwość interwencji jest niezbędna aby redukować ryzyko.

A. G. – A jak to jest w praktyce, gdy na przykład drobny przedsiębiorca spotyka się z wielkim inwestorem? Zapewne w takich wypadkach inwestor ma tendencję do objęcia tego małego biznesu władzą wszechogarniającą…

B. C. S. – Rzeczywiście występuje czasem taka tendencja. Silny inwestor przeważnie ma lepszego prawnika, który na wszystkie strony stara się zabezpieczyć interes pracodawcy i z dobrej woli niekiedy przesadza. Gdy kojarzę partnerów o wyraźnie nierównej sile, dążę do tego, aby w negocjacjach było więcej partnerstwa, niż targowania się. Z praktyki wiem, że wspólny biznes nie rozwija się dobrze, jeśli na etapie zawierania kontraktu któraś strona „przechytrzy” drugą. Poza tym nie zawsze musi tak być, że projekt kontraktu pisze strona silniejsza. Najlepiej, jeśli po prostu pisze go osoba bardziej efektywna w tym dziele.

A. G. – W świetle Pani doświadczenia – od których elementów kontraktu najbardziej zależy harmonia przyszłej współpracy inwestora z przedsiębiorcą?

B. C. S. – Cały kontrakt musi być dobrze przemyślany i napisany! Struktura własności i struktura prawna, cena udziałów inwestora i jej uzasadnienie, wspomniany już skład organów władzy i ich uprawnienia decyzyjne, struktura finansowania i wreszcie projekt przyszłości – w jaki sposób zostaną zagwarantowane proporcje wkładu parterów i ich uprawnienia, gdy firma w toku rozwoju będzie kupowała inne firmy? I ostatni etap współpracy, czyli jej zakończenie, sposób wyjścia inwestora z inwestycji. W tych 6 kwestiach zawierają się najważniejsze zasady harmonijnej współpracy inwestora z przedsiębiorcą.

A. G. – W jaki sposób w praktyce ujmuje Pani kryterium powodzenia tej współpracy? Co to na przykład znaczy „idziemy w dobrym kierunku”? Chodzi o stopę zwrotu z inwestycji?

B. C. S. – Widzi pan, cały pomysł na współpracę inwestora z przedsiębiorcą ma swój początek w odpowiedzi na pytanie PO CO? Jaką wartość dodaną chcemy dostarczać, na jaki rynek? Współpraca ma sens, gdy przyczynia się do realizacji celu strategicznego – zajęcia przez przedsiębiorstwo określonej (dominującej) pozycji w określonej niszy rynkowej poprzez dostarczanie na ten rynek stabilnej wartości dodanej. Osiąganie tej pozycji i jej skuteczna obrona w toku walki konkurencyjnej – to jest ów „właściwy kierunek”. Stopa zwrotu też jest ważna, ale przecież w biznesie różnie bywa i nie zawsze ta stopa może być wysoka.

A. G. – Skąd wiemy, czy idziemy w dobrym kierunku?

B. C. S. – Z rutynowych działań, takich jak raportowanie czy monitorowanie. Z tym, że w poszczególnych przypadkach częstotliwość raportów jest różna, zależna m. in. od poziomu ryzyka i jakości kadry zarządzającej. Ja na przykład zwracam szczególną uwagę na to, czy zarząd w każdej chwili ma świadomość stanu przedsiębiorstwa. Zdarzają się też takie okresy w historii firmy, gdy potrzebny jest bardziej szczegółowy obraz biznesu i wówczas rozmawia się nie tylko z zarządem, ale także z pracownikami…

A. G. – Jak wówczas reaguje zarząd, który przecież może czuć się pomijany albo nadmiernie kontrolowany?

B. C. S. – Przecież tu chodzi o biznes, a nie o stawianie kogoś pod ścianą. To jest bardzo ważne, aby obie strony traktowały monitorowanie jako pomoc w poważnym biznesie, a nie utrudnianie go.

Bogusława Cimoszko Skowroński

Urodzona w Polsce (1956), wyemigrowała do USA w 1977, gdzie zdobyła dyplom inżyniera na uczelni Massachusetts Institute of Technology i dyplom MBA na Harvardzie.

Pracowała w Exxon w USA i w Holandii, była współzałożycielką firmy telekomunikacyjnej w Bostonie, w stanie Massachusetts, a po sprzedaży tejże firmy wyjechała do Londynu, aby przyjąć posadę senior bankiera na Polskę w nowo wtedy utworzonym Banku Odbudowy i Rozwoju inwestującym w Europie Środkowej i Wschodniej. W 1995 roku przeniosła się do Zurichu do Szwajcarii, do departamentu bankowości inwestycyjnej w UBS AG i doprowadziła do pozyskania przez UBS pierwszych mandatów na transakcje na rynku kapitałowym w Warszawie. W 2003 założyła Corporate Management Services, firmę oferującą usługi doradcze w dziedzinie rynku kapitałowego, finansów i strategicznego zarządzania.