Business Process Improvement – etapy BPI

Metodologia BPI została opracowana z myślą o przedsiębiorstwach dużych. Przeprowadzenie zmiany kulturowej w dużej organizacji jest szczególnie złożonym zadaniem, wymaga zarządzania projektowego. W dobrze zorganizowanym przedsiębiorstwie musi trwać przynajmniej około 2 lat. Szanse na sukces są duże, jeśli przeprowadzamy zmianę według właściwego scenariusza.

Początek

W praktyce istnieją 2 standardowe scenariusze zapoczątkowania przedsięwzięcia Business Process Improvement, a wybór jednego bądź drugiego zależy od zastanej kultury zarządzania organizacją.

W krajach europejskich przeważnie jest tak, że menedżerowie nie przywiązują bardzo dużej wagi do posiadania drobiazgowej kontroli nad wszystkim, co dzieje się w firmie oraz niechętnie podejmują odpowiedzialność, a propozycje zmian napotykają na stosunkowo silny opór społeczny. Najmniej „bolesnym” postępowaniem w takiej sytuacji jest zaangażowanie zewnętrznego konsultanta, który „bierze na siebie” trud pokonywania barier. Jednakże problemem jest wówczas tendencja do „spychania” na niego całości odpowiedzialności. Jeśli w tej grze przeważy postawa, że „to sprawa konsultanta, nie nasza”, szanse na sukces są bliskie zeru. Najczęściej pokonuje się tę przeszkodę umiejscawiając konsultanta bardzo wysoko w hierarchii organizacji, np. powierzając mu stanowisko zastępcy Prezesa (nie pełnomocnika – to za mało) i wyposażając w uprawnienia umożliwiające mu dyscyplinowanie kadry. Konsultant ze swej strony tak „ustawia” tryb swojej pracy, aby zapewnić kierownictwu naczelnemu panowanie nad przebiegiem zmian.

W opisanym przypadku zapoczątkowanie programu BPI należy do konsultanta, który wykonuje wstępną fazę („Etap 0″).

Etap 0. Diagnoza wstępna

  1. Diagnoza wstępna CAŁEJ firmy: jej produktów, sposobu działania, systemu informacyjnego.
  2. Sformułowanie kluczowych zagadnień menedżerskich.
  3. Określenie obszarów, których usprawnienie potencjalnie da największe korzyści z punktu widzenia całości firmy.
  4. Zaproponowanie jednego-dwóch tzw. podejść do rozwiązania wybranych zagadnień.
  5. Na podstawie powyższych materiałów zaproponowanie programu usprawnień.
  6. Prezentacja i uzyskanie zatwierdzenia programu przez Prezesa/Zarząd

W innych ważnych regionach (Azja i USA) menedżerowie na ogół entuzjastycznie podejmują odpowiedzialność, natomiast kwestia kontroli nad biegiem wydarzeń traktowana jest odmiennie: w USA jak najpełniejsza kontrola jest często przedmiotem ambicji technokratycznie nastawionych menedżerów, w Japonii jest przeważnie decentralizowana i delegowana na niskie szczeble. Przedstawiony poniżej scenariusz proponowany przez Harringtona jest przeznaczony dla firm prowadzonych w „stylu” amerykańskim. Dla potrzeb niniejszego materiału nazywamy go scenariuszem zmiany kontrolowanej

Scenariusz zmiany kontrolowanej

Etap 1. Organizowanie dla ulepszania

Cel: Zapewnić sukces poprzez budowanie przywództwa, zrozumienia i poczucia obowiązku.

Działania:

  1. Utworzenie Komitetu Wykonawczego
  2. Zaangażowanie (wybranie) lidera BPI
  3. Szkolenie wykonawców
  4. Opracowanie modelu ulepszania
  5. Zakomunikowanie celów pracownikom
  6. Przegląd strategii biznesu i wymagań klienta
  7. Wybranie procesów krytycznych
  8. Wyznaczenie właścicieli procesów
  9. Wybranie członków Zespołu Roboczego

Etap 2. Rozumienie procesu

Cel: Zrozumieć wszystkie wymiary obecnego procesu biznesowego

Działania:

  1. Zdefiniowanie zakresu i misji procesu
  2. Zdefiniowanie granic procesu
  3. Szkolenie dla członków zespołu
  4. Opracowanie ogólnego opisu (ang. overview) procesu
  5. Zdefiniowanie miar wymagań klienta i biznesu oraz oczekiwań wobec procesu
  6. Sporządzenie diagramu przepływu procesu
  7. Zebranie danych o kosztach, czasie i wartości
  8. Przeprowadzenie badania terenowego (wzdłuż procesu)
  9. Uchwycenie i wyjaśnienie różnic
  10. Uaktualnienie dokumentacji procesu

Etap 3. Sreamlining – poprawa płynności przepływu procesu

Cel: Poprawienie wydajności, skuteczności i adaptacyjności procesu biznesowego

Działania:

  1. Szkolenie zespołu
  2. Identyfikacja możliwości ulepszeń:
    • Błędy i poprawki
    • Wysokie koszty
    • Niska jakość
    • Duże opóźnienia
    • Zaległości
  3. Zastosowanie technik ulepszania, na przykład:a) Eliminowanie biurokracjib) Eliminowanie działań nie przynoszących wartości dodanejc) Upraszczanie procesów

    d) Redukcja czasu procesu

    e) Założenie procedury sprawdzania poprawności procesu (ang. errorproof)

    f) Modernizacja sprzętu

    g) Standaryzacja

    h) Automatyzacja

  4. Dokumentacja procesu
  5. Dobór pracowników do ulepszonego procesu
  6. Szkolenie pracowników

Etap 4. Instrumenty pomiaru i kontroli

Cel: Wdrożenie systemu sterowania procesem dla bieżących ulepszeń

Działania:

  1. Opracowanie miar dla przebiegu procesu i wartości docelowych
  2. Utworzenie systemu sprzężenia zwrotnego
  3. Okresowy audyt procesu
  4. Utworzenie systemu oceny kosztów złej jakości

Etap 5. Ciągłe ulepszanie

Cel: Wdrożenie procesu ciągłego ulepszania

Działania:

  1. Kwalifikacja procesu
  2. Prowadzenie okresowych przeglądów kwalifikacyjnych
  3. Definiowanie i eliminacja problemów w procesie
  4. Ocena wpływu wprowadzonych zmian na biznes i na klientów
  5. Benchmarking procesu
  6. Zaawansowane szkolenie zespołu

UWAGI

W praktyce europejskiej organizacja zespołów realizujących program jest bardziej zróżnicowana, gdyż duża część zadań nie wymaga zaawansowanych technik zarządzania projektowego. Na przykład w jednym z przedsięwzięć autor jako konsultant inicjował organizację i pracę 4 projektów dużego rozmiaru oraz nadzorował pracę 10 zadań wykonywanych przez zespoły zadaniowe (task forces). Oprócz tego na bieżąco szkolił uczestników zespołów projektowych i zadaniowych oraz pomagał im w stosowaniu narzędzi analizy problemów i procesów. Inny konsultant, w przedsięwzięciu trwającym kilka lat, podobnie organizował i wspomagał pracę zespołów projektowych, zespołów zadaniowych, grup roboczych (funkcjonalnych), małych grup oraz osób indywidualnych.

Postawa „spychologii” przejawia się często niechęcią kierownictwa do powołania Komitetu Wykonawczego. Jednak powołanie go, na wysokim szczeblu (najczęściej na szczeblu wiceprezesa), jest konieczne, aby zapewnić programowi odpowiednio silne wsparcie. W wielkich organizacjach powołuje się Komitet Sterujący i Komitet Wykonawczy, ale w praktyce często lepiej pracuje się z jednym zespołem wysokiej rangi (można mu od początku nadać rangę Komitetu Sterującego, jeśli organizacja rzeczywiście jest wielka).

Zarządzanie procesami wobec zmian

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w październiku 2007 r.

„Optymalizacja procesów biznesowych w instytucjach finansowych, w środowisku ciągle nowych produktów, nowych klientów, nowych kanałów sprzedaży” – podsumowanie badania w sektorze finansowym.

Iwona D. Bartczak

Aż 83% respondentów to zdecydowani zwolennicy centralizacji zarządzania. Są przekonani, że o zdolności adaptacyjnej firmy decyduje elastyczny system modyfikowania procedur w miarę potrzeb.

W świetle Pani/Pana doświadczeń które czynniki najsilniej decydują o zdolności firmy do skutecznej adaptacji do zmieniających się zadań i warunków działania?

zmiany1

Połowa respondentów uważa, że oprócz tego liczą się kompetencje kadry menedżerskiej i jej zdolność do szybkiej zmiany sposobu działania. Prawie nikt z Respondentów nie liczy w tym względzie na samodzielność pracowników na niższych szczeblach, mających kontakt z rynkiem.

Są to najważniejsze wyniki badania przeprowadzonego na przełomie sierpnia i września wśród kadry kierowniczej 50 banków i firm ubezpieczeniowych przez firmę Business Dialog i jej partnera merytorycznego w tym projekcie – Business Objects, firmę doradczą w zakresie Business Intelligence.

Bronisława Trzeszkowska, członek zarządu Banku Pocztowego, nawiązując do tego wniosku z badania, przedstawia swoją opinię: „Jednym z istotnych elementów decydujących o skuteczności, rozpatrywanej również jako szybkość reakcji organizacji na zachodzące zmiany, jest włączenie do procesu modyfikacji obowiązujących procedur pracowników szczebla wykonawczego, bezpośrednio współpracujących z klientami. Identyfikacja zmian preferencji klientów w ramach bieżącej obsługi – i potem w trakcie wdrażania zmian – istotnie wpływa na poprawę jakości procesów, modyfikację procedur, podniesienie skuteczności sprzedaży. Umiejętność wykorzystania tego potencjału organizacji to oczywiści rola struktur zarządczych.”

Zdaniem respondentów nie ma łatwych rozwiązań problemu szybkości modyfikowania procedur w odpowiedzi na zmieniające się warunki prowadzenia biznesu i nowe zadania. „Z moich doświadczeń wynika, że standaryzacja prostych, elementarnych czynności znakomicie ułatwia osiąganie elastyczności organizacji i dodatkowo sprzyja eliminowaniu błędów” – tłumaczy Romuald Kępa, do niedawna prezes Pramerica.

Pomiaru efektywności ekonomicznej działania firmy w obliczu zmieniających się produktów, rynków i kanałów sprzedaży dokonujemy następującymi zestawami mierników:

zmiany2

Przekonaniu o omnipotencji wyższych szczebli zarządzania towarzyszy tendencja do mierzenia wyników firmy własnymi, specyficznymi dla firmy miernikami i do unikania mierników bardziej uniwersalnych, jak Zrównoważona Karta Wyników. Może to być wyrazem niechęci do stosowania benchmarków. Połowa respondentów uważa, że wykorzystanie danych zgromadzonych w bazach i systemach informatycznych powinno być zadaniem scentralizowanego i wyspecjalizowanego zespołu specjalistów.

Pomiaru efektywności ekonomicznej działania firmy w obliczu zmieniających się produktów, rynków i kanałów sprzedaży dokonujemy następującymi zestawami mierników:

zmiany5

Zdaniem większości respondentów główne bariery ograniczające wykorzystanie danych zgromadzonych w zasobach firmowych mają źródło w niedoskonałości architektury i integracji rozproszonych systemów informatycznych. Połowa respondentów wskazuje ponadto na niepewność i niekompletność danych, a z komentarzy do odpowiedzi można wywnioskować, że jest to skutek kreatywności pracowników i kierowników tworzących różne mierniki, gromadzących dane według swoich pomysłów i niejasnych definicji, bądź różnie nazywających te same zjawiska. „Jakość danych jest demonizowana. Informacji jest po prostu za dużo. Większość jest gromadzona niepotrzebnie. Głównym problemem nie jest zła jakość informacji ale właściwy ich dobór uwzględniający z jednej strony rzeczywiste potrzeby, z drugiej zaś ich dostępność. Nie ma problemu jakości informacji, jest problem właściwego doboru informacji” mówi Michał Jerzy Kuchta, dyrektor kontroli ryzyka w BPH Bank Hipoteczny.

Bariery najsilniej ograniczające wykorzystanie danych z różnych źródeł w planowaniu strategicznym, planowaniu nowych produktów i w badaniach marketingowych:

zmiany3

Zdaniem Aleksandra Wyki, partnera Human Capital Partners, kluczem do rozwiązania problemu jakości i trafności danych, a zatem ich wiarygodności jest decyzja, kto jest za dane odpowiedzialny w firmie czy w banku. „Odpowiedzialność za jakość danych musi być po stronie biznesu, a nie po stronie informatyki. Tymczasem zawsze ta odpowiedzialność jest przesuwana w stronę działu IT. On jest na ogół za słabo posadowiony w strukturach i hierarchiach banku czy firmy ubezpieczeniowej, aby wymusić odpowiednią jakość danych” – mówi Aleksander Wyka.

Zdecydowanym priorytetem strategicznym respondentów jest podnoszenie wartości firmy. Być może dzieje się tak dlatego, że w zasadzie wszystkie firmy spodziewają się fuzji i przejęć.

Priorytety strategiczne naszej firmy nastawione są przede wszystkim na…

zmiany4

Wszyscy respondenci oceniają swoją firmę według wyników, a analizują w rozbiciu dyktowanym przez segmentację rynku. Dwie trzecie respondentów nie stosuje mierników efektywności procesów. Wcześniejsze badania Business Dialog zaowocowały podobną konkluzją; stwierdzono w nich, że kierownictwa naczelne postrzegają efektywność firm w kategoriach wyników, a nie w kategoriach doskonałości procesów prowadzących do tych wyników. Komentując te wyniki Rafał Grodzicki, dyrektor w PZU powiedział: „Być może dzieje się tak dlatego, że proces doskonały nie może być procesem elastycznym. Ze względu na zmienność rynku i inne czynniki procesy są modyfikowane wielokrotnie w ciągu roku.”

Dlaczego system zarządzania procesami?

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w październiku 2007 r.

System Zarządzania Procesami w dużej firmie porządkuje działania i poprawia jakość funkcjonowania wszystkich innych systemów zarządzania.

Halina Pomykała

Mimo trwającej od lat popularyzacji zarządzania procesowego, nadal niewiele osób rozumie jego sens oraz cel wprowadzania go w organizacji. Typowym i chyba najczęściej występującym nieporozumieniem jest utożsamianie procesu z jakąś ogólną instrukcją postępowania, tyle tylko że przedstawioną w postaci graficznego schematu z narysowanymi klockami opisującymi przepływ pracy. W ślad za tym prace wdrożeniowe ograniczają się często do prostego opracowania zestawu procedur opisujących przepływ pracy taki, jaki akurat wydaje się projektantom sensowny i wygodny, lecz nie wypływa z analizy przesłanek i założeń systemu zarządzania ani celów organizacji jako całości.

Tendencja do nadmiernych uproszczeń jest charakterystyczna dla przedsiębiorstw dużych, które ze swej natury słabo tolerują koncepcje i praktyki zarządzania wykraczające poza zwykłe określenie pracownikowi zadania i kontrolę wyniku. Trudno więc upowszechnić w takich organizacjach nawet podstawowe rozróżnienie między procesem, który jest ciągiem operacji, a procedurą, która jest ciągiem instrukcji dotyczących operacji. Toteż za hasłami zarządzania procesowego kryją się co prawda instrumenty zarządzania, ale brakuje konceptualizacji procesów, co przejawia się w braku takich elementów, jak:

  • określenie co ma być produktem procesu i jakie ma mieć parametry,
  • zidentyfikowany koniec i początek procesu,
  • definicja celu,
  • definicje mierników doskonałości procesów, które pozwoliłyby odpowiedzieć na pytania o czas (cykl) procesu, jakość jego produktów, stopień spełnienia wymagań odbiorcy produktu, stabilność procesu, jego efektywność, koszt itp.,
  • określenie osób odpowiedzialnych za dostarczenie produktów cząstkowych w ramach procesu.

Dodatkowo zdarza się, że powstają mierniki mierzące tylko część procesu i na te mierniki nastawia się cele działania określonych zespołów ludzi. Skutki nasuwają przypuszczenie, że jest to wynik przedkładania wygody, czy też interesu partykularnego nad interes przedsiębiorstwa. Z jednej bowiem strony produkt końcowy jest wadliwy, gdyż spełnia raczej kryteria wykonawcy, a nie Klienta, z drugiej zaś mamy na ogół do czynienia z marnotrawstwem zasobów na działania niekoniecznie przynoszące wartość ale rejestrowane w systemie jako cele zrealizowane. Innymi słowy czynności pracowników nastawione są na dobry wynik w świetle wadliwie ustawionych mierników, a niekoniecznie na realizację celu biznesowego.

Zadania Systemu Zarządzania Procesami

W dużych przedsiębiorstwach z racji samej ich wielkości występują dwa źródła problemów, na jakie natrafia zarządzanie. Po pierwsze są to komplikacje wynikające z dużej liczby pracowników i szczebli zarządzania. Po drugie, funkcjonują tu liczne systemy kontrolne i zarządcze.  Dzięki wdrożeniu Systemu Zarządzania Procesami można uporządkować działanie na poszczególnych szczeblach zarządzania, ponieważ w ramach definiowania procesów trzeba jasno określać zadania i rozgraniczać obszary odpowiedzialności.  Można także zharmonizować funkcjonowanie systemów kontrolnych i zarządczych, ponieważ ich wspólną podstawą jest to, że odnoszą się do sekwencji działań zdefiniowanych jako procesy.

Wielość pracowników i poziomów zarządzania

W dużych przedsiębiorstwach struktura organizacyjna często bywa zbyt rozbudowana. Często jest bowiem tak, że gdy powstaje problem w organizacji to dla jego rozwiązania powołuje się komórkę organizacyjną. Zdarza się więc, że poszczególne piony (jednostki organizacyjne) definiują sobie same własną Architekturę Procesów. Jest to błędne postępowanie, ponieważ Architektura Procesów musi wynikać z celów przedsiębiorstwa jako całości. Gdy zdefiniujemy osobne Architektury Procesów, każda jednostka będzie realizowała swoje własne, indywidualne cele, w oderwaniu od celów firmy. Tylko procesy zorientowane na realizację celów przedsiębiorstwa jako całości są pomostem łączącym wszystkie jednostki organizacyjne w działaniu koniecznym do ich realizacji.

W dużych firmach, w których istnieje wielość poziomów zarządzania trudno jest czasami zdefiniować, które zadania należą do menadżera na wyższym, a które na niższym poziomie hierarchii zarządzania. W konsekwencji jeden menadżer wchodzi w kompetencje innego, co powoduje chaos organizacyjny. Menadżerowie zarządzający wielotysięczną firmą będący na najwyższym szczeblu zarządzania mają ponadto tendencje do decydowania „o wszystkim”. Skupiają się na drobnych decyzjach i sprawach, pomijając kluczowe zagadnienia związane z ich stanowiskiem jak np. definiowanie kierunków strategicznych. Bywa tak, że menadżer umiejący lepiej komunikować swoją ważność zajmuje w strukturze organizacyjnej wyższą pozycję, niż menadżer realizujący ważny cel firmy. System Zarządzania Procesami  wyznacza hierarchię celów, która umożliwia właściwe zdefiniowanie obszarów odpowiedzialności na różnych poziomach zarządzania firmą.

Wielość systemów kontrolnych i zarządczych

W odpowiedzi na bieżące potrzeby, a także z konieczności wypełniania wymagań certyfikacji, przepisów prawa itp. w ramach jednego przedsiębiorstwa z różnych miejsc organizacji wdraża się różne systemy zarządcze, które dotyczą większości obszarów. W dużej firmie powstaje wiele takich systemów,  na przykład NMS (New Management System), BSC (Balanced Scorecard), Zarządzanie Ryzykiem (w tym na podstawie ustawy Sarbanes-Oxley) itd. Przeważnie wdrożenie konkretnego systemu powierza się któremuś menedżerowi średniego szczebla, a sukces lub niepowodzenie projektu ma wpływ na ocenę tej osoby i jej dalszą karierę menedżerską. W ten sposób zarządzanie projektem koncentruje się na formalnym dotrzymaniu terminów i budżetu, a traci się z oczu cel, dla którego dany System zarządczy ma być wdrożony. Ponadto nie wiadomo później, jak te systemy ze sobą pogodzić, który ma większy priorytet.

Procesy zachodzą w każdej dziedzinie funkcjonowania organizacji, niezależnie od tego czy są opisane czy nie. Hierarchia celów leżąca u podstaw Systemu Zarządzania Procesami pozwala nie tylko uporządkować procesy opisane i nadzorowane przez różne systemy kontrolne i zarządcze, ale także poprawić ich jakość, gdyż wyznacza właściwe kryteria tej jakości.

Do jakości podchodź z głową

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w czerwcu 2007 r.

W zarządzaniu jakością chodzi o zwiększanie przychodów i ograniczanie kosztów. O większe przychody łatwiej, gdy firma oferuje produkty i usługi wysokiej jakości, spełniające oczekiwania klientów. Koszty natomiast spadają, gdy w wyniku wzrostu efektywności działania robimy mniej błędów, gdy jest mniej usterek i problemów do usunięcia. Firmy przymierzające się do programów poprawy jakości muszą przede wszystkim wyjaśnić sobie co rozumieją pod pojęciem jakości i co takie rozumienie implikuje. Wszelkie działania na rzecz jakości powinny być nadzorowane przez specjalnie powołaną radę, w skład której wejdzie dyrektor generalny i wyższa kadra kierownicza, co będzie widomym znakiem zaangażowania firmy w poprawę jakości. Inną ważną sprawą jest przeorientowanie systemu nagród, który powinien w większym stopniu wspierać działania na rzecz jakości. Najważniejsze jednak, by troska o jakość stanowiła integralny element codziennego funkcjonowania firmy, by była wpisana w zwyczajną pracę zatrudnionych w niej ludzi.

Joseph M. Juran

Przygnębiająco wielu przedstawicieli firm, realizujących programy poprawy jakości, pytanych o to, czym jest jakość, poległo sromotnie. Ludzi ci nie potrafili wyjaśnić co rozumieją pod tym pojęciem. Otóż mamy dwa rozumienia pojęcia jakości o znaczeniu zasadniczym dla kadry menedżerskiej. Pierwsze z nich odnosi się do przychodów i w tym rozumieniu jakość to cechy produktu, które skłaniają klientów do zakupu tego właśnie produktu, a nie innego, konkurencyjnego. W tym podejściu wysoka jakość przekłada się na wyższą sprzedaż, a tym samym na większe przychody firmy.

W drugim rozumieniu jakość to „wolność od kłopotów, błędów, usterek, awarii w terenie i konieczności dokonywania poprawek”. Tu z kolei mamy na uwadze koszty: im więcej kłopotów, tym więcej ponosimy kosztów. Pół biedy, kiedy owe kłopoty pojawiają się jedynie w naszej firmie — wtedy ich koszty ponosimy tylko my. Natomiast jeśli pojawią się one w wyniku obecności naszego produktu w organizacji klienta, to koszty spadają na tego ostatniego — ale również i nam odbijają się czkawką, bowiem poszkodowany klient nie będzie w przyszłości wyrywał się do kupna naszych produktów, żeby nie wiem jak wspaniale się przedstawiały.

Menedżerowie często spierają się o to, czy wyższa jakość wiąże się z wyższymi, czy niższymi kosztami dla firmy. Zbyt często jednak jedni dyskutanci tak naprawdę nie mają pojęcia o czym mówią drudzy, bowiem ci mają w głowie jedną definicję jakości, a owi drugą — i wszyscy dochodzą do odmiennych wniosków. Tak więc zanim zaczniemy uruchamiać jakiś program poprawy jakości, musimy precyzyjnie określić co rozumiemy pod pojęciem jakości i upewnić się, że wszyscy w firmie przyjęli do wiadomości tę właśnie definicję.

Poprawa jakości w obu wyżej określonych znaczeniach wymaga zupełnie innych działań. Większość firm dopracowała już metody poprawy jakości związanej z usprawnieniami istniejących bądź tworzeniem nowych produktów. W wielu firmach funkcjonują komisje nadzorujące finansowanie nowych produktów. Grono takie spotyka się regularnie, analizuje postępy prac i decyduje, czy dalej je finansować, czy może zmienić kierunek prowadzonych prac — czy też w ogóle posłać dany projekt do kosza. Pracami nad nowymi produktami zazwyczaj zajmuje się jakiś osobny dział firmy powołany specjalnie w tym i tylko w tym celu. Prace rozwojowe mogą kuleć, ale przynajmniej istnieje jakaś struktura, w ramach której mogą one być prowadzone.

Tymczasem tak nie jest, gdy poprawa jakości ma polegać na eliminacji usterek i wadliwych działań produktów. Metodologii takich działań próżno szukać w biznesplanach i najczęściej nie istnieje żadna infrastruktura stworzona pod te metody. Odpowiedzialność za tego rodzaju prace jest rozmyta, a działania naprawcze podejmowane są dobrowolnie, mimo że skala marnotrawstwa jest tu ogromna. Korporacje muszą poświęcić więcej uwagi usprawnianiu procesów mających poprawiać jakość w omawianym tu drugim rozumieniu tego słowa. A gra toczy się w tym przypadku o tak samo wielkie pieniądze jak w walce o jakość polegającej na zwiększeniu sprzedaży poprzez tworzenie nowych produktów.

Aż do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku wielu szefów firm i najwyższa kadra kierownicza szerokim łukiem omijali zarządzanie jakością, zostawiając tę robotę dyrektorom ds. jakości. Dziś szefostwo firm nie może już sobie pozwolić na taką lekceważącą postawę. Kierownicy wyższego szczebla muszą zdobywać doświadczenie w tej dziedzinie, osobiście uczestnicząc w jakimś projekcie poprawy jakości. W przywództwie niezbędny jest przykład osobisty. Zbyt wielu szefów mądrze prawi o jakości, ale nie raczy osobiście zakasać rękawów i coś zrobić, by tę jakość poprawić. A to nie jest liderowanie tylko kibicowanie.

Każda poważna inicjatywa na rzecz poprawy jakości wymaga powołania specjalnego ciała, nazwijmy je radą ds. jakości, która będzie nadawała inicjatywie impet. W skład tego ciała zazwyczaj wchodzi dyrektor generalny i jego najbliżsi współpracownicy. Wyższa kadra kierownicza odgrywa tu szczególnie ważną rolę. Ludzi ci muszą rzeczywiście zasiadać w tym gremium, dając tym samym jasny sygnał swoim podwładnym, że jakość stoi wysoko wśród priorytetów firmy. Muszą bezpośrednio uczestniczyć w wyznaczaniu celów jakościowych, zapewniać zasoby niezbędne do ich osiągania, oraz cały czas przyglądać się czynionym postępom. Ważne jest też, by publicznie wyrażali swoje zadowolenie z dobrze wykonanej roboty, honorując zasłużonych pracowników dyplomami, opisując ich dokonania w wewnętrznych biuletynach firmy, czy okazując im uznanie w jeszcze inny sposób.

I kolejna ważna rzecz. Gdy zostaje wdrożony program poprawy jakości, należy dopasować do niego system nagród. Za każdym razem kiedy przydzielamy kogoś do zespołu realizującego nowy projekt, dokładamy tej osobie pracy i powierzamy jej dodatkowe funkcje. Jeśli system nagród nie będzie tego uwzględniał, to dla całej organizacji będzie jasne, że tak naprawdę nic się nie zmienia.

Powołanie rady ds. jakości i modyfikacja systemu nagród to oczywiście tylko część niezbędnych posunięć. Całościowe zarządzanie jakością nie będzie możliwe, jeśli nie ustali się jakie decyzje i działania należy podjąć, by zmienić istniejący stan rzeczy i wprowadzić założone cele w plan działań biznesowych na wszystkich szczeblach firmy. Mówiąc krótko, poprawa jakości nie może być jedynie czymś dodanym do normalnej pracy — musi stać się integralnym elementem zwyczajnej, codziennej pracy w firmie.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat prowadziliśmy mnóstwo rozmaitych szkoleń i okazuje się, że większość z nich zdała się psu na budę. Zamiast dążyć do zmian zachowań, przeważnie kazaliśmy ludziom uczyć się na pamięć informacji, które szybciutko wylatywały im z głów. Jeżeli chcemy szkolić pracowników w dziedzinie poprawy jakości, to nie możemy sadzać ich na krześle, robić im wykład z użytkowania narzędzi, a następnie odsyłać ich z powrotem do pracy, by sami sobie jakoś radzili z tymi narzędziami. Zamiast tego powinniśmy przydzielać ich do zespołów roboczych i kazać im mierzyć się z rzeczywistymi zadaniami. A szkolenia powinny jedynie służyć zespołom pomocą w rozwiązywaniu konkretnych problemów, na jakie akurat się natknęły. Wiedza zdobywana w taki sposób nieprędko wylatuje z głowy.

Tłumaczenie Andrzej Lewandowski

Inteligencja organizacji

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w czerwcu 2007 r.

Z prezesem Maciejem Konarzewskim i dyrektorem Markiem Szelągowskim rozmawia Andrzej Góralczyk

Andrzej Góralczyk. Po pamiętnej dyskusji w Salonie Business Dialog o inteligencji przedsiębiorstwa pozostało w uczestnikach odczucie niedosytu, że temat nie został do końca „wyeksploatowany”, a ponadto zdominowany przez jeden punkt widzenia, wg którego inteligencja organizacji=procedury. Spotykamy się więc dzisiaj, w gronie adwersarzy z tamtej dyskusji, aby temat bardziej zgłębić.

Podobnie, jak Panowie, widzę że jest różnica pomiędzy firmami znakomitymi i jeszcze lepszymi, ale różnica bardziej w sposobie myślenia niż działania, gdyż na pierwszy rzut oka robią to samo, tylko inaczej myślą. I to jest asumpt do pytania, czy to w ogóle ma jakieś znaczenie? Czy kompania musi być mądra albo inteligentna, aby przetrwać? Przecież człowieka, który ma kilka sklepów, interesuje co kupić, co sprzedać, jaki towar dobrze „schodzi”, gdzie jest taniej… i tu wielkiej inteligencji nie trzeba.

Maciej Konarzewski. Jak jest w naturze? Np. rekin z naszego punktu widzenia jest mało inteligentny, ma mały mózg i słabo pofałdowany. Ale jest znacznie „starszy” od nas i jest, istnieje! Więc niekoniecznie inteligencja jest potrzebna aby gatunek przetrwał. My istniejemy jako gatunek znacznie krócej, ale jesteśmy bardziej inteligentni – od rekina niewiele moglibyśmy się nauczyć. Na czym więc polega nasza przewaga nad rekinem? Na tym, że w większości sytuacji to my możemy pokonać rekina, a nie on nas. W biznesie wszyscy żyjemy w jednym środowisku i prowadzimy walkę, każdy z każdym. Inteligencja jest potrzebna, aby być skutecznym w walce. Właściwie wszystko rozgrywa się na bazie inteligencji.

Inteligencja jest w człowieku. Nie zawsze ma wiele wspólnego z wykształceniem, to wiemy z doświadczenia, chociaż bez wątpienia wykształcenie wspomaga ją. Jeśli natomiast mówimy o firmie jako o zespole ludzi, to cała sztuka polega na tym, w jaki sposób zbudować organizację, która nie będzie przeszkadzała w jej ujawnianiu, lecz będzie kanalizowała inteligencję pracowników we właściwym dla firmy kierunku. To, co tkwi w głowach ludzi zaprząc do wspólnego celu i broń Boże im nie przeszkadzać. Jednak w praktyce często określone sposoby organizacji powodują blokadę  inteligencji. Stąd właśnie ta różnica, o której Pan wspomniał – są firmy, które robią to samo, ale niektórym wychodzi to lepiej. Dlaczego? Moim zdaniem dlatego, że wewnętrzna struktura „bardziej inteligentnej” firmy jest nastawiona na udrażnianie inteligencji poszczególnych ludzi.

A.G. Różnicę w efektach najwyraźniej widać, gdy porównujemy takie pierwotne wyniki gospodarowania jak marża brutto, czy wartość dodana.

Marek Szelągowski. W konwencjonalnym opisie organizacji w ogóle nie ma czegoś takiego, jak inteligencja. Na górze jest mądrość, poniżej wiedza, informacja i dane. Ale weźmy ten przykład z walką. Nie zgodziłbym się, że zawsze walczy „każdy z każdym”. Właśnie inteligencja pozwala na wyprzedzające działanie w określonych sytuacjach. Jeśli spotka się dwóch osiłków, to wiadomo jak się to skończy – każdy ma silne pięści i obaj będą mieli siniaki. Ale jeśli spotka się osiłek z kimś inteligentnym, to często można zaobserwować inne rozwiązania, które są dyktowane przez spryt czy inteligencję. Nie wymagają użycia siły, a mimo to często wywołują skutek znacznie dalszy, czy mocniejszy. Znam tego rodzaju spotkania biznesowe, w których firma silniejsza podejmuje walkę ze słabszym – teoretycznie – mniejszym przeciwnikiem. Po czym okazuje się, że ten mniejszy przeciwnik jest na tyle inteligentną organizacją, że nie tylko potrafi się obronić, ale w pewnym momencie potrafi poprowadzić takie działania, które powodują że mniejszy połyka większego.

A.G. Mówią Panowie właściwie to samo i tu nasuwa się pytanie o konkret: co firma bardziej inteligentna robi inaczej, niż firma mniej inteligentna?

M.S. Firma inteligentna nie walczy na zasadzie „wszyscy ze wszystkimi”. Na przykład ostatnio modna jest taka koncepcja, według której taka firma buduje własną sieć powiązań i w ten sposób wzmacnia się. Gdy zostanę zaatakowany to mam lojalnych partnerów, którzy mi pomogą, będziemy mogli obejść przeciwnika z flanki albo w jakikolwiek inny sposób rozegrać to inaczej, niż za wszelką cenę trafiać przeciwnika pięścią w nos albo zostać trafionym.

A.G. Jedno drugiemu nie przeczy. Wszyscy walczą ze wszystkimi, ale są różne sposoby walki. Można pójść na zderzenie czołowe, ale to zdarza się w biznesie coraz rzadziej. Pamiętam, za dawnych czasów tak rzeczywiście było, firmy wykańczały się nawzajem. Wojny cenowe itp. Rynek nam trochę dojrzał i widać, że dzisiaj robi się rozmaite manewry, aby wyrwać konkurentom kawałek rynku.

M.S. Też nie zawsze chodzi o wyrwanie rynku. Obserwuję rynek budowlany, który właśnie przeżywa trzęsienie ziemi. Manewry idą – według mnie – nie w kierunku przejęcia od konkurentów jak największego kawałka rynku, bo rynek jest ogromny, ale aby „wyrwać” im jak najwięcej doświadczonej kadry. „Wyrwać” im wiedzę poprzez przejęcie kluczowej kadry i w ten sposób odebrać im możliwości operacyjne.

M.K. U podstaw takich technologii boju leży inteligencja. Możemy sobie odpowiedzieć na pierwsze pytanie twierdząco – inteligencja jest absolutnie kluczowym elementem w firmie! Pozwala robić manewry strategiczne.

A.G. Jeszcze jedna rzecz uciekła nam z dyskusji w Salonie Business Dialog – zdolność kojarzenia.

M.S. Według mnie to jest taka zdolność, której nie bardzo można się nauczyć. Albo ktoś ją ma i jest jeszcze w stanie ją polepszyć poprzez ćwiczenia, albo nie ma. Pamiętam taką prezentację dotyczącą strategii, na której goście zaprezentowali kilkanaście slajdów. Na jednym slajdzie pokazali zyskowność różnych produktów i nisz rynkowych. Zyskowność jednej niszy była najmniejsza, innej największa, a pozostałych pośrednia. Na drugim slajdzie pokazali jaką strategię wybrali dla firmy. Omal nie spadłem z krzesła ze zdumienia – wybrali tę niszę najgorszą i dodatkowo sprawiającą najwięcej kłopotów.

A.G. Spotkałem podobny przypadek, gdy fabryka zainwestowała mnóstwo pieniędzy, w dodatku pożyczonych, w nowe linie produkcyjne do produktu, „na którym się najlepiej znamy, który robimy od 20 lat”. Tego, którego okres świetności dawno minął i który jest najmniej zyskowny.

M.S. W moim przykładzie być może także wybór najmniej zyskownej niszy był w jakiś sposób wygodny, ale dla firmy ogromnie niekorzystny. Jednak podstawowy fakt, który mną poruszył, to brak skojarzenia dwóch zbiorów informacji.

Myślę, że tutaj można by spróbować zarysować rozróżnienie między wiedzą a inteligencją. Kiedyś interesowałem się pewnym plemieniem Indian Yumani, którzy mają znakomitą wiedzę o swoim domu, środowisku. Potrafią na przykład bezbłędnie odróżnić roślinę jadalną od podobnej, która zabija od pierwszego kęsa. Ale w ich języku nie ma czasu przyszłego. Nie potrafią więc planować i przewidywać i w ten sposób wygrywać dzięki posiadanej wiedzy. Wiedza nie jest więc tożsama z inteligentnym jej wykorzystaniem.

A.G. Według etnografów wiele społeczności tradycjonalnych inaczej postrzega czas, niż my. Na przykład jedne postrzegają czas jako trwającą stale chwilę, co najwyżej słabo odróżniają przeszłość od teraźniejszości. Inne postrzegają czas jako pętlę, w której wszystko się powtarza. Zapewne mają jakąś przewagę nad tymi, dla których przyszłość w ogóle nie istnieje. Być może jest w tym jakieś wyjaśnienie, że stosunek do czasu jest jakimś istotnym elementem w życiu kompanii – że planujemy, mamy wizję, projekcje na przyszłość, prognozy,..

M.S. Wtedy jesteśmy w stanie skojarzyć, nawet słabe sygnały. Na przykład takie – odwołując się do  biznesu prezesa Konarzewskiego – że benzyna zaczyna drożeć, cła na samochody używane zaczynają spadać. I wtedy wiadomo, że trzeba pomyśleć o polityce promocyjnej, gdyż klienci będą uciekali od zakupów nowych samochodów. Wśród Indian Yumani, o których mówiłem, takiego myślenia w ogóle nie ma. Oni nie byliby w stanie czegoś takiego skojarzyć. Natomiast inteligencja organizacji przejawia się w tym, że dostrzega ona takie słabe sygnały, jest w stanie połączyć je i wyciągnąć z tego wnioski, działać wyprzedzająco. Pozwala to na adoptowanie działań organizacji nie do warunków obecnych ale do warunków przewidywanych. Mamy więc jakby dwa niezbędne składniki tej inteligencji organizacji – uczenie się poprzez „czytanie rynku” oraz wyprzedzającą adaptację do sytuacji, która jeszcze nie nastąpiła.

A.G. Kiedyś mówił Pan o swoich sprzedawcach, których Pan szukał. Różnice w efektywności między dobrym sprzedawcą, a bardzo dobrym są ogromne. Czy ta różnica to kwestia zdolności kojarzenia?

M.K. Też, ale cechy dobrego sprzedawcy są szerokie, trudne do skodyfikowania. Lecz skoro jesteśmy przy tym temacie, to powiem o procedurach. Firma Fiat jest w fazie eksperymentu, stara się zestandaryzować proces sprzedaży i w tym kierunku idą obecnie szkolenia. To nie do końca jest dobre rozwiązanie; starałem się zwrócić uwagę kierownictwu, że handel jednak jest sztuką. Nie da się tego zamknąć w regułę, że na przykład jeśli klient wchodzi do salonu to sprzedawca musi w ciągu 2 minut do niego podejść, podać rękę i przedstawić się. Tak wygląda pewien proces zapisany w procedurze. Lecz jeśli sprzedawca nie podejdzie w czasie tych 2 minut to już jest źle. To niedobre podejście – procedura, która zabija inteligencję spłaszcza ją, czyni z człowieka maszynę do wykonywania stale tych samych gestów.

M.S. Chyba że mówimy o dynamicznym zarządzaniu procesami. Według tej koncepcji jest pewien standard, ale jeśli pracownik ocenia, biorąc pod uwagę swoje doświadczenie, że ten akurat klient lubi się skupić i popatrzeć dłuższą chwilę na nowy model, to sprzedawca powinien mieć prawo podjąć decyzję, że nie podejdzie i nie będzie klientowi przeszkadzał dopóki nie zostanie poproszony np. o szczegóły techniczne. Niezbędne jest więc nie tylko motywowanie pracowników, ale także zostawienie im odpowiedniego pola wolności działania. To jest warunek niezbędny tego żeby w ogóle mówić o ich rzeczywistej odpowiedzialności za własna pracę. Przecież jeżeli pracownik ślepo realizuje procedury, to tak naprawdę odpowiedzialność ponosi nie on, ale twórcy procedur.

M.K. To w tym mniej więcej kierunku idzie, ale jak znam życie, skończy się na wymaganiu literalnego wypełniania procedur.

M.S. To tak jak w telemarketingu. Dzwoni przysłowiowa panienka i nawet jeśli jej się mówi „nie, dziękuję” po jej pierwszym pytaniu, to ona i tak dalej klepie te swoje formułki. Z tego jest „bezmyślnie” rozliczana.

A.G. Wszyscy trzej zgadzamy się, że mówienie o procedurach, to nie jest mówienie o inteligencji.

M.K. Zdecydowanie nie jest. Ale wyłania się tu subtelna kwestia dopasowania do zasobów ludzkich. Jednym ludziom procedury pomogą, innym zaszkodzą. W jednym dziale procedura się sprawdza, w innym jest szkodliwa. W dodatku to się zmienia w czasie – dzisiaj robimy coś w ten sposób, jutro musimy robić inaczej. Aczkolwiek brak procedur doprowadza do anarchii i dlatego jest to niezmiernie trudne do wyważenia – ile procedur, aby pomagały, ale nie zabijały inteligencji.

Chcę tym wątkiem uzupełnić wypowiedź Pana Marka o inteligentnym zachowaniu firmy, której sens wydaje mi się oczywisty, ale bardziej mi pasuje do zarządu. Chodzi o ten przykład, że przyjadą samochody z importu gdy spadnie cło itd. Kto operuje inteligencją na tym poziomie? Top management w firmie. Natomiast przykład sprzedawców pokazuje delikatne zagadnienie procedur, które mają nie zabijać inteligencji na stanowisku szeregowym. Tu też jest inteligencja, a zablokowanie jej obniża efektywność firmy.

M.S. Właśnie o to chodzi! Wiedza i inteligencja JEST w firmie. Od sposobu zarządzania zależy, czy ta inteligencja będzie wykorzystywana i będzie rosła, czy też będzie zabijana na przykład przez nieprzemyślane albo doktrynalnie traktowane procedury.

A.G. W koncepcji dr Szelągowskiego zarządzania dynamicznego procesami biznesowymi rozwiązanie jest dość jasne, można je nazwać zarządzaniem anarchią. Pracownik wie, że ma procedurę. Ale jednocześnie wie, że wolno mu odejść od procedury jeżeli olej głowie mówi mu, że trzeba to zrobić inaczej. Dlaczego mówię, że jest tu zarządzanie? Dlatego, że w tej sytuacji, anarchicznej wydawałoby się, dodajemy jeszcze sprzężenie zwrotne – pracownik powinien udokumentować, że zrobił inaczej. Aby organizacja wiedziała, może nauczyła się czegoś.

M.K. To znaczy, że jest procedura, ale pracownik ma się zachować inteligentnie.

M.S. Ale to wymaga również tego, żeby pracownik ponosił za to odpowiedzialność („tyle wolności ile odpowiedzialności”). To znaczy, że nie idziemy w kierunku anarchii, tylko – jak to mawia profesor Płoszajski – poruszamy się na granicy chaosu. Pracownik wie, że odpowiada za to, czy przejdzie krok dalej, czy jeszcze dalej,… Natomiast zarząd i szefowie muszą otrzymywać i analizować  nawet słabe sygnały, że coś trzeba zmienić. Że teraz na przykład podejście do klienta po pięciu minutach skutkuje lepiej. Być może też nie należy podchodzić z wyciągniętą ręką, lecz z folderem mówiącym o tym, że samochód naszej firmy wygrał wyścigi czy rajd.

A.G. Myślę, że możemy już podsumować pierwszą część naszej rozmowy. Zgodziliśmy się, że inteligencja organizacji jest absolutnie niezbędna w biznesie, a organizacja bardziej inteligentna różni się od mniej inteligentnej m. in. sposobem walki konkurencyjnej. Inteligencja organizacji ma swoje źródło w inteligencji ludzi. Istnieje zarówno na poziomie strategicznym (zarząd i kierownictwo), jak i podstawowym (stanowiska szeregowe). Zatem bardziej inteligentna firma jest zbudowana w taki sposób, aby tej inteligencji tkwiącej w ludziach nie blokować, lecz wykorzystywać ją i rozwijać dla realizacji celów biznesowych. Na tym tle pojawia się zagadnienie: w jaki sposób wdrażać i zmieniać procedury, które są konieczne dla porządkowania działań firmy, aby te procedury nie blokowały i nie „zabijały” inteligencji tkwiącej w firmie. Koncepcja dynamicznego zarządzania procesami biznesowymi jest istotną próbą rozwiązania tego dylematu. Mamy też hipotezę dr Szelągowskiego, wg której postrzeganie czasu i przyszłości ma kluczowe znaczenie dla zdolności firmy do wychwytywania i kojarzenia sygnałów napływających z rynku, przewidywania, planowania, działań wyprzedzających i wprowadzania zmian zawczasu.

Trzy podstawowe problemy

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w maju 2007 r.

Unikam słowa „problem” mówiąc o zadaniach i wyzwaniach stojących przed menedżerami, lecz tym razem czynię wyjątek, gdyż opisuję najważniejsze i najbardziej powszechne przeszkody na drodze rozwoju przedsiębiorstw.

Andrzej Góralczyk

Najpierw chcę uspokoić Czytelnika – to nie są problemy wyssane z palca, albo opinie wzięte z sufitu. Trzy podstawowe problemy wychodzą na jaw w badaniach, mają więc charakter obiektywny. Wychodzą na jaw wtedy, gdy nie ograniczamy się do zwykłego zestawienia wyników w tabele czy wykresy słupkowe, lecz prowadzimy bardziej dogłębną analizę danych. Takie analizy zupełnie nie nadają się do tłumaczenia i prezentowania w wydawnictwach popularnych. Business Dialog Bulletin zaś wydaje się właściwym miejscem.

W Business Dialog w ciągu ostatniego półtora roku przeprowadziliśmy trzy projekty badawcze problemów menedżerskich. Jeden z nich „Mądrość firm w czasie koniunktury” jest na ukończeniu… Jednak dla celów tego tekstu najlepszą ilustracją będzie badanie przeprowadzone 10 miesięcy temu. Była to ankieta rozpisana w ramach projektu „Między dziedzictwem IT a wymaganiami biznesu”. Akurat dla naszego dzisiejszego tematu nie ma znaczenia, że chodziło o zarządzanie informatyką – po prostu zobaczyliśmy jak trzy podstawowe problemy wyglądają w oczach szefów informatyki. Nie ma również znaczenia czas badania, gdyż problemy, o których piszę nie znikną z przedsiębiorstw z dnia na dzień.

Pytania ankiety oraz zestawienie jej wyników zostały opublikowane na portalu Dyrekcja.pl. Obiecaliśmy wówczas Uczestnikom projektu, że opublikujemy jeszcze pogłębioną analizę. Właśnie to czynimy.

Problem „oporu materii”

Menedżer musi być skuteczny. To jest podstawowy atrybut jego roli, zawarty w samej nazwie: manager=ten, który ma zawsze „zdołać”, uskutecznić. Spory odsetek przedsiębiorstw ma z tym problem.

Ważne jest, aby nie postrzegać problemu „oporu materii” wyłącznie jako oporu przed zmianą. „Opór materii” dotyczy przede wszystkim działań codziennych, często takich, które powinny być rutynowe. To na przykład procedury nie działające albo nie działające jak należy, polecenia wykonywane niedokładnie i opieszale, „nieposłuszni pracownicy”, sprawy pilne lecz odkładane „na później”, nieporozumienia i błędy oraz opóźnienia i zaległości wynikające z braku współpracy pomiędzy „silosami” działów firmy.

Drugi rodzaj „oporu materii” to nieodporność firmy na zakłócenia. Dezorganizacja pracy na skutek nawet drobnych zdarzeń, zmuszająca do nieustannego „gaszenia pożarów”, które często wywołuje jeszcze większą falę dezorganizacji. Do tej kategorii można zaliczyć także niemożność utrzymania dostatecznie wąskiego i kontrolowanego marginesu na tzw. chaos organizacyjny.

„Opór materii na co dzień” występuje na każdym szczeblu zarządzania i może być przyczyną swoistej organizacyjnej niemożności czy braku konsekwencji. Objawia się np. jako nigdy nie kończone przedsięwzięcia (w tym „słomiany ogień”). Szczegółowe badania wykazują, że jest to problem nader powszechny. Na przykład w badaniu przeprowadzonym przed wielu laty przez ekspertów zagranicznych pracujących dla dawnego Ministerstwa Przemysłu stwierdzono, iż żadne z przedsiębiorstw przemysłu elektromaszynowego nie jest w stanie zrealizować swych przedsięwzięć w pełnym cyklu Deminga. To stwierdzenie opóźniło napływ zagranicznych inwestycji do tego sektora o kilka lat.

W praktyce obserwujemy dwa sposoby radzenia sobie z „oporem materii”. Ten bardziej powszechny jest beznadziejnie nieskuteczny, a polega na rozwiązaniach mniej lub bardziej „siłowych” – od namawiania ludzi, aby pracowali szybciej i uważniej, poprzez tzw. systemy motywacyjne skomponowane finezyjnie z „kijów i marchewek”, aż do wymuszania dyscypliny i posłuszeństwa z użyciem środków nieraz drastycznych. Jego nieskuteczność wynika z ignorowania faktu, że ludzie zawsze wolą robić to, co chcą, a niekoniecznie to, co powinni albo co im się każe.

Remedium skuteczne na odwrót – opiera się na uznaniu owego faktu, w następstwie czego menedżerowie nieustannie doskonalą system, w którym ludzie CHCĄ robić to, co robić należy. Jeśli wizje i cele, to akceptowane przez ludzi i naturalnie logiczne, odczuwane jako „swoje”, a jeszcze lepiej jako „nasze”, ważne, pożyteczne, sensowne… Są przecież dziesiątki powodów, dla których ludzie chcą robić to, co robić trzeba. Jeśli procedury, to jako narzędzia ułatwiające i porządkujące pracę, najlepiej opracowane i doskonalone z udziałem zainteresowanych, nie zaś tylko jako wytyczne „do wykonania”. I tak dalej.

Jest wreszcie opór przed zmianą. Napisano na ten temat już tak dużo, że nie będę tego powtarzał, bo szkoda miejsca na banały. Natomiast warto zwrócić uwagę, że wobec tego rodzaju oporu znowu występują dwa główne sposoby postępowania: pokonywanie go na siłę, które przynosi pozytywny efekt w nielicznych przypadkach oraz dokonywanie zmian małymi krokami, lecz systematycznie. Podstawą jego skuteczności jest realizm, a dowodem na ową skuteczność – np. sukcesy metod KAIZEN. Jednak oprócz skuteczności doskonalenie małymi krokami ma prawie same wady. Tutaj wspomnę tylko o jednej – wymaga cierpliwości i stosunkowo długiego oczekiwania na efekty, nie nadaje się więc do robienia błyskotliwej kariery menedżerskiej.

W naszym badaniu ankietowym wypowiedzi grupy trzeciej odzwierciedlają doświadczenie wyniesione z firm, które radzą sobie z problemem „oporu materii” poprzez systematyczne doskonalenie systemów zarządzania. Zachęcam do wczytania się w tę charakterystykę i wyciągania wniosków.

Problem zmienności warunków działania

Zmienność otoczenia to problemem najbardziej powszechny w świetle zestawień wyników ankiety. Taksonometria potwierdziła ową powszechność – grupa Respondentów podnoszących ten problem okazała się najliczniejsza.

Zmienność otoczenia jest czynnikiem niezależnym od przedsiębiorstwa. Jak więc to się dzieje, że spośród firm działających na tym samym terenie i w tym samym sektorze jedne mają wielki problem ze zmiennością otoczenia, a inne nie? Odpowiedź może być tylko jedna – problem tkwi wewnątrz firmy, a nie na zewnątrz.

Konwencjonalna diagnoza brzmi już niemal jak frazes – to sztywność struktur organizacyjnych stoi na przeszkodzie elastyczności firmy średniej i dużej, utrudnia szybkie dostosowywanie się do zmian. Sprawa jednak nie jest aż tak prosta.

Po raz pierwszy zapoznałem się z innym spojrzeniem na problem zmienności warunków działania badając źródła innowacyjności firm. Innowacyjność jest niezłym sposobem odpowiadania na zmienność potrzeb i oczekiwań klientów, a w bardziej zaawansowanych strategiach służy także prowokowaniu (wytwarzaniu) nowych potrzeb i stwarza w sten sposób duże szanse w walce konkurencyjnej. Otóż zebrałem setki wypowiedzi praktyków – menedżerów firm uznawanych w świecie za innowacyjne i znalazłem wśród nich dwa różne podejścia. Jedni zarządzają opracowaniem nowych produktów w oparciu o „własne sprawdzone zasady i wzorce postępowania”, a inni nie oglądają się na wzorce, lecz intensywnie obserwują zmiany zachodzące w otoczeniu oraz intensywnie komunikują się z dostawcami i klientami, w poszukiwaniu nowych okazji rynkowych i inspiracji. Później w naszym własnym badaniu udało się zidentyfikować te dwa podejścia i stwierdzić że są one podłożem istotnych różnic w sposobie działania firm, ale niekoniecznie w ich wynikach biznesowych. Istotna różnica występuje w sposobie traktowania niepewności wywoływanej zmiennością otoczenia. Ci pierwsi starają się przewidywać i prognozować zmiany, często postrzegają zmiany jako ryzyko (zagrożenie) i postępują „ostrożnie”, starając się panować nad nim. Trzymanie się sprawdzonych zasad i wzorców pomaga im zwiększać pewność i redukować niepewność. Ci drudzy są równie albo jeszcze bardziej wrażliwi na zmienność otoczenia, ale postrzegają ją zarówno jako źródło zagrożeń, jak i szans. Redukują zagrożenia bardziej poprzez kompensowanie ich wykorzystywaniem szans, niż poprzez zabezpieczenia. Ci drudzy są znacznie bardziej elastyczni.

Brak wyraźnych różnic w wynikach biznesowych pomiędzy firmami bardzo elastycznymi i mało elastycznymi wyjaśnił się parę lat później, w studiach nad strategiami wykorzystującymi bądź odrzucającymi outsourcing. Otóż stwierdzono, że w silnie zmiennym i niepewnym otoczeniu skuteczne pod względem biznesowym są dwie skrajne strategie. Pierwsza to strategia kontrolowania zmian poprzez skrupulatne prognozowanie, mierzenie ryzyka, zabezpieczanie przed nim, a także integrację pionową z dostawcami i klientami dla wzmocnienia kontroli oraz silnie hierarchiczną strukturę organizacyjną. Druga to skrajnie przeciwna strategia elastycznej adaptacji do zmiennych warunków, wymagająca silnej decentralizacji zarządzania, samodzielności na niskich szczeblach zarządzania, intensywnej komunikacji wewnątrz firmy wspartej zaufaniem i zrozumieniem na osi kierownictwo-podwładni oraz umiejętności błyskawicznego nawiązywania i rozwiązywania współpracy z partnerami biznesowymi, najlepiej działającymi w sieci. Badania wykazały, że ogólne wyniki biznesowe firm stosujących jedną bądź drugą strategię są podobne i na ogół dobre, natomiast strategie pośrednie przynoszą wyniki gorsze.

Istotna różnica pojawia się natomiast w wynikach społecznych firm stosujących omawiane strategie. Łatwo zgadnąć – w firmach elastycznych pracownicy są szczęśliwsi, gdyż ceni się ich inicjatywę i samodzielność, mają poczucie sprawstwa i sensu swego działania, oraz traktowani są jak ludzie. W firmach silnie hierarchicznych różnie z tym bywa.

Dla firm elastycznych w stopniu skrajnym, takim jaki opisano powyżej, zmienność warunków działania nie stanowi problemu, lecz tylko nieustannie odnawiające się zadanie. Jednakże takich firm jest niezmiernie mało. Również w naszym badaniu ankietowym widać, że Respondenci z grupy drugiej wynieśli prawdopodobnie doświadczenia z firm uwrażliwionych na zmienność otoczenia i rozumiejących ją, nie mających poczucia nieprzewidywalności, przykładających dużą wagę do bezpieczeństwa. Istotnie nowym wynikiem są wypowiedzi sugerujące, że projektowa i macierzowa struktura organizacyjna pomagają funkcjonować firmom „oswajającym” zmienność otoczenia. Z drugiej strony wysoka ranga projektów i struktura macierzowa w tych firmach sugerują, że są to firmy stosujące strategie pośrednie wobec zmienności otoczenia i wobec związków z partnerami w łańcuchu dostaw. Sprawa wymaga dalszego zgłębiania.

Problem władzy i odpowiedzialności

Wychowanie, nacisk otoczenia społecznego, szkoła, media – to tylko niektóre spośród wielorakich sił, które zmuszają menedżera do koncentracji na sobie, na swojej pozycji i prestiżu, zamiast na zadaniach, jakie ma do wypełnienia. Siłą rzeczy wielu sprawuje swe kierownicze funkcje tak, jakby sprawowało władzę, często w najgorszym wydaniu. Negatywnych skutków tego stanu rzeczy nie trzeba opisywać, każdy zna ich dużo. Zajmę się więc powiązaniami problemu (czy też obsesji) władzy z poprzednio opisanymi problemami.

Najpierw „opór materii”. Nierzadko spotkać można próby pokonywania go poprzez „wzmaganie”. Jeśli procedura nie działa, wprowadzamy następną, ostrzejszą. Jeśli brakuje ludziom motywacji, zaostrzamy sankcje w naszej kompozycji kijów i marchewek. Jeśli polecenia są lekceważone, wzywamy na pomoc władzę, czyli zwierzchnika wyższego rangą. Mamy nadzieję, że gdy Naczelny krzyknie, to wreszcie ludzie posłuchają. Posłuchają, albo nie posłuchają.

Być może przesadziłem. Mamy przecież bardziej niewinnie wyglądające instrumenty wzmagania. Na przykład tzw. eskalację. Jeśli w czasie określonym przez procedurę ktoś nie wykonał czynności określonych w procedurze, sprawa kierowana jest do zwierzchnika, aby ten interweniował. Wtedy dopiero robi się bałagan!

Nieskuteczność „wzmagania” ma podstawy obiektywne. Kiedyś Edwards Deming zaprezentował słynne doświadczenie z lejkiem aby pokazać efekty różnych strategii sterowania procesem. Według niego istnieją tylko 4 takie strategie, ale tylko jedna prowadzi do uporządkowania procesu, zapanowania nad nim i doprowadzenia do maksymalnej możliwej doskonałości. Strategia „wzmagania” nie jest nią – prowadzi do rozregulowania i dezorganizacji procesu.

Najskuteczniejsza strategia sterowania procesem to nastawić proces na pożądane wyniki, a następnie eliminować przyczyny odchyleń, błędów, opóźnień itd. Wymaga to zajęcia się bezpośrednio procesem albo – używając bardziej tradycyjnego terminu – organizacją pracy. Na miejscu. Polecenie nie wystarczy, trzeba udać się na miejsce. Drugi sposób to oddać władzę nad procesem wykonawcy tego procesu. Jedno i drugie wymaga rozwiązania psychologicznego problemu władzy.

Teraz problem elastyczności. Do znudzenia powtarzać można sentencję, że ławica ryb nie miałaby szans uciec sprzed paszczy rekina, gdyby miała prezesa. W tym zdaniu nie chodzi o krytykę prezesa, lecz znowu o obiektywny wynik badań. Elastyczność, zdolność do błyskawicznej adaptacji do zmiennych warunków osiąga się poprzez szereg przedsięwzięć natury operacyjnej, ale kluczowe jest przedsięwzięcie natury strukturalnej, mianowicie decentralizacja władzy nad procesem, czyli decentralizacja sterowania. Ludzie mający bezpośredni kontakt z rynkiem, z dostawcą, z materiałem itd. pierwsi mają szansę dostrzec zmianę. Zwłaszcza jeśli nauczymy ich patrzeć i wychwytywać różnice. Jeśli otrzymają upoważnienie do dokonania zmiany w sposobie działania organizacji na swoim odcinku w reakcji na zauważoną zmianę to organizacja zyska ogromnie wiele na elastyczności. Z obserwacji takich właśnie praktyk wzięła się koncepcja dr Marka Szelągowskiego, którego artykuły opublikowaliśmy w ubiegłym miesiącu w naszym Biuletynie i na portalu Dyrekcja.pl.

Opisana decentralizacja władzy nad procesem ma poważną wadę. Otóż działanie optymalne lokalnie, w odpowiedzi na lokalne warunki, na ogół nie jest optymalne globalnie tzn dla organizacji jako całości. Potrzebny jest prezes i menedżerowie różnych szczebli, aby chronili firmę przed ryzykami powstającymi na owych „lokalnych obrzeżach” oraz aby  nieustannie zbliżali działanie organizacji do optimum globalnego. W praktyce nie da się go osiągnąć w pełni, ale zbliżać się trzeba, gdyż w przeciwnym razie koszty będą rosły niepotrzebnie.

W naszym badaniu ankietowym Respondenci z grupy pierwszej wynieśli swoje doświadczenia najprawdopodobniej z firm, które z trudem przełamują problem władzy (silosy funkcyjne) i których kierownictwo często bywa głuche na problemy pojawiające się „na dole”.

Wniosek

Z powyższej charakterystyki trzech podstawowych problemów wynika jeden wniosek dla firmy chcącej wyrwać się z ich jarzma – postulat zmiany ról pełnionych przez menedżerów. Cóż więc ma robić menedżer?

  1. nieustannie doskonalić system, w którym ludzie będą chcieli robić to, co robić trzeba,
  2. pomagać podwładnym osiągać doskonałość w ich własnej pracy m. in. poprzez wdrażanie narzędzi ułatwiających im to, jak procedury, instrukcje i podobnego rodzaju wytyczne,
  3. nieustannie poszukiwać optymalnych sposobów działania na swoim szczeblu, m. in. poprzez harmonizowanie pracy swojego obszaru z obszarami innych menedżerów.

Odpowiedzialny dyrektor

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w kwietniu 2007 r.

Odpowiedzialność dyrektora finansowego w spółce kapitałowej jest zdecydowanie większa, gdy jest on również członkiem zarządu.

Małgorzata Pokojska

Odpowiedzialność dyrektora finansowego ma bardzo szeroki zakres – mówiły na pierwszym tegorocznym spotkaniu Klubu Dyrektorów Finansowych mecenas Małgorzata Sobońska i doradca podatkowy Alicja Sarna z kancelarii prawnej MDDP. Jest to odpowiedzialność podatkowa, karno-skarbowa, karna, cywilna, a także wynikająca z prawa upadłościowego. Mamy więc do czynienia zarówno z odpowiedzialnością finansową, jak i karną. Odpowiedzialności te wywodzą się z różnych przepisów prawa. Odpowiedzialność karna związana jest głównie z pełnieniem funkcji członka zarządu, zaś odpowiedzialność cywilna nieraz jest dzielona ze spółką. Dyrektor finansowy odpowiada wobec skarbu państwa, reprezentowanego przez organy podatkowe, wobec spółki oraz wobec osób trzecich.

Odpowiedzialność podatkowa

Chociaż podstawowym podmiotem odpowiadającym za nieprawidłowości podatkowe jest spółka, to jednak gdy nie ma ona wystarczających środków, by uregulować należności wobec skarbu państwa, wówczas Ordynacja podatkowa daje możliwość sięgania do zasobów finansowych osób trzecich – członków zarządu. Dyrektor finansowy może więc być pociągnięty do odpowiedzialności podatkowej tylko wówczas, gdy jest członkiem zarządu.

Przedmiotem odpowiedzialności podatkowej są zaległości podatkowe spółki. Roszczenia są w pierwszej kolejności kierowane do spółki. Oznacza to, że spółce musi zostać doręczona decyzja o wysokości zobowiązania podatkowego. Gdy egzekucja z jej majątku okaże się w całości lub w części nieskuteczna, wówczas organy podatkowe mają prawo sięgnąć do majątku członków zarządu. Odpowiadają oni solidarnie za zaległości podatkowe spółki, ale nie ma zasady, że dyrektor finansowy idzie na pierwszy ogień. Odpowiedzialność za zaległości podatkowe obejmuje także odsetki za zwłokę oraz koszty postępowania egzekucyjnego.

Zaległość podatkowa

Według Ordynacji podatkowej, zaległość podatkowa to nie zapłacony w terminie podatek, rata podatku lub zaliczka na podatek, a także nienależnie uzyskana nadpłata, nienależnie uzyskany zwrot podatku VAT, itd. A więc każde świadczenie, które zostało do skarbu państwa odprowadzone w zbyt niskiej kwocie oraz każdy zwrot uzyskany od skarbu państwa w zbyt dużej wysokości.

Odpowiedzialność finansowa członków zarządu jest egzekwowana wtedy, gdy majątek spółki jest zbyt mały, by uiścić zobowiązania wobec skarbu państwa. Wtedy ta część należności, która nie znalazła pokrycia w majątku spółki, może być egzekwowana z majątku członków zarządu (chodzi zarówno o majątek odrębny, jak i majątek współmałżonków). Ale sam fakt wszczęcia postępowania wobec dyrektora finansowego – członka zarządu nie oznacza jeszcze, że fiskus od razu zaczyna egzekwować należności spółki z jego majątku. Od tej odpowiedzialności tej można się w wielu przypadkach uchronić. Sama Ordynacja podatkowa podpowiada sposoby jej wyłączenia. Nie ma też wielu wyroków mówiących o odpowiedzialności członków zarządu.

I tak członek zarządu może się uwolnić od odpowiedzialności podatkowej, gdy przedstawi niezbity dowód, że w odpowiednim czasie, to znaczy w ciągu 14 dni od powzięcia stwierdzenia o niewypłacalności spółki, złożył wniosek o postępowanie upadłościowe lub układowe. Może też być tak, że członek zarządu nie złożył wprawdzie wniosku o upadłość, ale nie było w tym jego winy. Np. krach nastąpił w czasie jego długiej nieobecności w firmie. Jest jeszcze tzw. przesłanka donosicielska, która zwalnia z odpowiedzialności, a mianowicie   wskazanie majątku, o którym skarb państwa nie wie, a z którego może się zaspokoić. Np. tajne konto na Kajmanach.

Odpowiedzialność finansowa członka zarządu jest nieograniczona, co oznacza, że w razie potrzeby można mu zabrać cały majątek, również ten należący do współmałżonków. Chodzi tu o zaległości, które powstały w czasie, gdy pełnił on funkcję członka zarządu. Gdy zaległości powstały zanim wszedł on do zarządu, nie ponosi odpowiedzialności. I odwrotnie, odpowiada za zaległości z przeszłości, mimo że w danej chwili nie jest już członkiem zarządu. Odpowiedzialność przedawnia się dopiero po pięciu latach. Przy czym te „pięć lat” może trwać sześć lat, zwłaszcza w przypadku podatku dochodowego. Jest to na ogół sześć lat od końca roku, za który podatek był należny. Przy VAT działa na ogół zasada pięciu lat.

Instrumenty ograniczające ryzyko podatkowe

W Ordynacji podatkowej są  instrumenty, które ograniczają możliwość wystąpienia zaległości podatkowej i pozwalają zminimalizować, a nawet w pełni wyeliminować odpowiedzialność – są to uprzednie porozumienia cenowe oraz wiążące interpretacje podatkowe. Nawet jeśli interpretacja podatkowa była błędna, ale spółka się do niej zastosowała, to nie ma mowy o zaległości, nawet jeśli ona istnieje. Konsekwencje nie są wówczas wyciągane. Skutecznie przed zaległościami podatkowymi chronią także odpowiednie procedury wewnętrzne, np. dobry obieg dokumentów. Dyrektor finansowy, gdy zaczyna swoją pracę na tym stanowisku, powinien wprowadzić procedury, które porządkują sprawy podatkowe spółki. Procedury wewnętrzne można tak skonstruować, by w sytuacjach, które wiążą się z dużym ryzykiem, starać się o wiążące interpretacje podatkowe, bo one eliminują ryzyko. Przez pierwsze półrocze tego roku interpretacje wiążące będą udzielane bez opłat. Wprawdzie przepisy, które zaczną obowiązywać od 1 lipca w sprawie interpretacji są bardziej korzystne, ale warto zasypać urzędy pytaniami już teraz, bo jeśli nie odpowiedzą w ciągu trzech miesięcy, stanowisko podatnika wyrażone w zapytaniu staje się wiążące. Trzeba jednak w zapytaniu o interpretację bardzo dokładnie przedstawiać stan faktyczny, bo urząd ogranicza się do tego, że albo podziela stanowisko spółki, albo go nie podziela, oczywiście z uzasadnieniem.

I jeszcze jedna uwaga – gdy postępowanie zostaje już wszczęte, jego przedmiotem nie jest badanie zaległości, bo ta została już stwierdzona, lecz badanie, czy istnieją przesłanki do przypisania odpowiedzialności konkretnemu członkowi zarządu.