Polityka zakupów – podstawy

Poniższe zestawienie stanowi sedno propozycji, wg której główną podstawą polityki zakupów powinna być klasyfikacja zakupów.

Autorem propozycji jest Mirosław Antonowicz, praktyk, obecnie członek zarządu PKP Cargo.

Ilustracja

Klasyfikacja zakupów wg propozycji M. Antonowicza.

Klasyfikacja zakupów wg propozycji M. Antonowicza.


Do jakości podchodź z głową

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w czerwcu 2007 r.

W zarządzaniu jakością chodzi o zwiększanie przychodów i ograniczanie kosztów. O większe przychody łatwiej, gdy firma oferuje produkty i usługi wysokiej jakości, spełniające oczekiwania klientów. Koszty natomiast spadają, gdy w wyniku wzrostu efektywności działania robimy mniej błędów, gdy jest mniej usterek i problemów do usunięcia. Firmy przymierzające się do programów poprawy jakości muszą przede wszystkim wyjaśnić sobie co rozumieją pod pojęciem jakości i co takie rozumienie implikuje. Wszelkie działania na rzecz jakości powinny być nadzorowane przez specjalnie powołaną radę, w skład której wejdzie dyrektor generalny i wyższa kadra kierownicza, co będzie widomym znakiem zaangażowania firmy w poprawę jakości. Inną ważną sprawą jest przeorientowanie systemu nagród, który powinien w większym stopniu wspierać działania na rzecz jakości. Najważniejsze jednak, by troska o jakość stanowiła integralny element codziennego funkcjonowania firmy, by była wpisana w zwyczajną pracę zatrudnionych w niej ludzi.

Joseph M. Juran

Przygnębiająco wielu przedstawicieli firm, realizujących programy poprawy jakości, pytanych o to, czym jest jakość, poległo sromotnie. Ludzi ci nie potrafili wyjaśnić co rozumieją pod tym pojęciem. Otóż mamy dwa rozumienia pojęcia jakości o znaczeniu zasadniczym dla kadry menedżerskiej. Pierwsze z nich odnosi się do przychodów i w tym rozumieniu jakość to cechy produktu, które skłaniają klientów do zakupu tego właśnie produktu, a nie innego, konkurencyjnego. W tym podejściu wysoka jakość przekłada się na wyższą sprzedaż, a tym samym na większe przychody firmy.

W drugim rozumieniu jakość to „wolność od kłopotów, błędów, usterek, awarii w terenie i konieczności dokonywania poprawek”. Tu z kolei mamy na uwadze koszty: im więcej kłopotów, tym więcej ponosimy kosztów. Pół biedy, kiedy owe kłopoty pojawiają się jedynie w naszej firmie — wtedy ich koszty ponosimy tylko my. Natomiast jeśli pojawią się one w wyniku obecności naszego produktu w organizacji klienta, to koszty spadają na tego ostatniego — ale również i nam odbijają się czkawką, bowiem poszkodowany klient nie będzie w przyszłości wyrywał się do kupna naszych produktów, żeby nie wiem jak wspaniale się przedstawiały.

Menedżerowie często spierają się o to, czy wyższa jakość wiąże się z wyższymi, czy niższymi kosztami dla firmy. Zbyt często jednak jedni dyskutanci tak naprawdę nie mają pojęcia o czym mówią drudzy, bowiem ci mają w głowie jedną definicję jakości, a owi drugą — i wszyscy dochodzą do odmiennych wniosków. Tak więc zanim zaczniemy uruchamiać jakiś program poprawy jakości, musimy precyzyjnie określić co rozumiemy pod pojęciem jakości i upewnić się, że wszyscy w firmie przyjęli do wiadomości tę właśnie definicję.

Poprawa jakości w obu wyżej określonych znaczeniach wymaga zupełnie innych działań. Większość firm dopracowała już metody poprawy jakości związanej z usprawnieniami istniejących bądź tworzeniem nowych produktów. W wielu firmach funkcjonują komisje nadzorujące finansowanie nowych produktów. Grono takie spotyka się regularnie, analizuje postępy prac i decyduje, czy dalej je finansować, czy może zmienić kierunek prowadzonych prac — czy też w ogóle posłać dany projekt do kosza. Pracami nad nowymi produktami zazwyczaj zajmuje się jakiś osobny dział firmy powołany specjalnie w tym i tylko w tym celu. Prace rozwojowe mogą kuleć, ale przynajmniej istnieje jakaś struktura, w ramach której mogą one być prowadzone.

Tymczasem tak nie jest, gdy poprawa jakości ma polegać na eliminacji usterek i wadliwych działań produktów. Metodologii takich działań próżno szukać w biznesplanach i najczęściej nie istnieje żadna infrastruktura stworzona pod te metody. Odpowiedzialność za tego rodzaju prace jest rozmyta, a działania naprawcze podejmowane są dobrowolnie, mimo że skala marnotrawstwa jest tu ogromna. Korporacje muszą poświęcić więcej uwagi usprawnianiu procesów mających poprawiać jakość w omawianym tu drugim rozumieniu tego słowa. A gra toczy się w tym przypadku o tak samo wielkie pieniądze jak w walce o jakość polegającej na zwiększeniu sprzedaży poprzez tworzenie nowych produktów.

Aż do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku wielu szefów firm i najwyższa kadra kierownicza szerokim łukiem omijali zarządzanie jakością, zostawiając tę robotę dyrektorom ds. jakości. Dziś szefostwo firm nie może już sobie pozwolić na taką lekceważącą postawę. Kierownicy wyższego szczebla muszą zdobywać doświadczenie w tej dziedzinie, osobiście uczestnicząc w jakimś projekcie poprawy jakości. W przywództwie niezbędny jest przykład osobisty. Zbyt wielu szefów mądrze prawi o jakości, ale nie raczy osobiście zakasać rękawów i coś zrobić, by tę jakość poprawić. A to nie jest liderowanie tylko kibicowanie.

Każda poważna inicjatywa na rzecz poprawy jakości wymaga powołania specjalnego ciała, nazwijmy je radą ds. jakości, która będzie nadawała inicjatywie impet. W skład tego ciała zazwyczaj wchodzi dyrektor generalny i jego najbliżsi współpracownicy. Wyższa kadra kierownicza odgrywa tu szczególnie ważną rolę. Ludzi ci muszą rzeczywiście zasiadać w tym gremium, dając tym samym jasny sygnał swoim podwładnym, że jakość stoi wysoko wśród priorytetów firmy. Muszą bezpośrednio uczestniczyć w wyznaczaniu celów jakościowych, zapewniać zasoby niezbędne do ich osiągania, oraz cały czas przyglądać się czynionym postępom. Ważne jest też, by publicznie wyrażali swoje zadowolenie z dobrze wykonanej roboty, honorując zasłużonych pracowników dyplomami, opisując ich dokonania w wewnętrznych biuletynach firmy, czy okazując im uznanie w jeszcze inny sposób.

I kolejna ważna rzecz. Gdy zostaje wdrożony program poprawy jakości, należy dopasować do niego system nagród. Za każdym razem kiedy przydzielamy kogoś do zespołu realizującego nowy projekt, dokładamy tej osobie pracy i powierzamy jej dodatkowe funkcje. Jeśli system nagród nie będzie tego uwzględniał, to dla całej organizacji będzie jasne, że tak naprawdę nic się nie zmienia.

Powołanie rady ds. jakości i modyfikacja systemu nagród to oczywiście tylko część niezbędnych posunięć. Całościowe zarządzanie jakością nie będzie możliwe, jeśli nie ustali się jakie decyzje i działania należy podjąć, by zmienić istniejący stan rzeczy i wprowadzić założone cele w plan działań biznesowych na wszystkich szczeblach firmy. Mówiąc krótko, poprawa jakości nie może być jedynie czymś dodanym do normalnej pracy — musi stać się integralnym elementem zwyczajnej, codziennej pracy w firmie.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat prowadziliśmy mnóstwo rozmaitych szkoleń i okazuje się, że większość z nich zdała się psu na budę. Zamiast dążyć do zmian zachowań, przeważnie kazaliśmy ludziom uczyć się na pamięć informacji, które szybciutko wylatywały im z głów. Jeżeli chcemy szkolić pracowników w dziedzinie poprawy jakości, to nie możemy sadzać ich na krześle, robić im wykład z użytkowania narzędzi, a następnie odsyłać ich z powrotem do pracy, by sami sobie jakoś radzili z tymi narzędziami. Zamiast tego powinniśmy przydzielać ich do zespołów roboczych i kazać im mierzyć się z rzeczywistymi zadaniami. A szkolenia powinny jedynie służyć zespołom pomocą w rozwiązywaniu konkretnych problemów, na jakie akurat się natknęły. Wiedza zdobywana w taki sposób nieprędko wylatuje z głowy.

Tłumaczenie Andrzej Lewandowski

Pracownik nieposłuszny

Artykuł ukazał się w Business Dialog Bulletin w maju 2007 r.

Mam dylemat. Im więcej widzę przedsiębiorstw, im więcej szefów poznaję, tym częściej w mojej biednej głowie pojawia się pytanie: jak się to dzieje, że ludzie w ogóle chcą jeszcze dla kogokolwiek pracować?

Marek Sabela

Dlaczego dylemat? – zapytacie. Bo te firmy całkiem nieźle sobie radzą. Mają wyniki, raczej dobre. Bywa, że mają dobrą ocenę giełdowa. A wiec wszystko gra. Ale co z tymi ludźmi, skąd to posłuszeństwo, skoro wyglądają na działających wbrew własnej woli, czasem wbrew poczuciu własnej godności?

Dla pieniędzy – odpowiecie. Może macie rację. Może nie.

Niedawno mój przyjaciel, szef firmy rekrutacyjnej stwierdził, że chyba przyjdzie mu się prostytuować, żeby znaleźć jakichkolwiek kandydatów na stołki szefostwa. Ludzi nie ma. Jedni wyjechali. Inni zarabiają dużo i nie dadzą się ruszyć. Jeszcze inni pracują w takiej firmie, w której są traktowani jak ludzie, a gdzie indziej doświadczyli już traktowania innego, więc potrafią właściwie ocenić swoją sytuację. No właśnie – mamy całkiem dużo innych sposobów traktowania pracownika, absolutnie bez względu na szczebel jego stanowiska.

Dwa gatunki nieposłusznego pracownika

Przez lata nieposłusznymi byli zazwyczaj ci, którzy albo się już tacy urodzili, albo od dzieciństwa wpojono im tradycję walki o wolność naszą i waszą. To akurat w naszym polskim wydaniu wychodzi z grubsza na to samo. Jest ich u nas ciągle dość dużo, chyba więcej niż w innych krajach UE. Oni wiedzą lepiej i nikt im nie podskoczy. Oni są wyjątkowymi specami od czegośtam. Oni, jak się zawezmą, to założą związek zawodowy, bo przecież lepiej schować się za jakąś fasadą, niż wystawiać dziób do wiatru. Mogliby jeszcze dostać kataru. Taką już modę wyznają, bez względu na przemijające tendencje. Oni kochają zaczynać rozmowę od słów: «ja panu wytłumaczę jak to jest». Cokolwiek powiedzą, jest to absolutna, najbardziej obiektywna prawda, nie może być inaczej. Wyznają teorię spiskową, sami są zazwyczaj ofiarami jakichś systemów, zamierzeń i knowań. Oni są na nie. Nieposłuszeństwo jest ich dogmatem religijnym.

Ale mamy też coraz więcej inaczej nieposłusznych. Nieposłusznych asertywnych. Od kilku lat stanowią nieprzerwanie rosnącą falę w krajach rozwiniętych. U nas pojawili się niedawno.

Nieposłuszni asertywni mają dość pracy dla niepodzielnych władców, dla szefów, których natura nie wyposażyła w organ słuchu, dla zarządzających z wynikiem na jutro, dla firmy, która nie widzi niczego w swoim wnętrzu, ani poza nim, a jedynie modli się do świętego Wyniku Finansowego, do tzw. Bottom Line. Czują głęboki wstyd, kiedy nakazuje się im wchodzić do łóżka dostawcom i wyciągać z nich wszelkie sekrety stanowiące o ich niezależności, unikalności i kosztach. Nie znoszą, kiedy ich firma uważa, że dostawcom tak naprawdę to płacić nie trzeba, jeśli tylko są zbyt słabi, żeby ostro walczyć o swoje. Nieposłuszni asertywni dostają wysypki, kiedy słyszą słowa: giełda, fundusz inwestycyjny, venture capital. Dostają skrętu kiszek, kiedy prowadzą produkcyjnego mastodonta, gdzie oszczędności kilku dolarów na tonie wsadu pozwalają osiągać milionowe zyski – i na nich należy skoncentrować wszystkie wysiłki, podczas gdy dyrekcja finansowa nakazuje im skupiać się na oszczędzaniu papieru toaletowego, spinaczy i innych mało znaczących materiałów. Mają szczerze dość szefa – właściciela firmy, który zainwestował w przemysł (wcale nie taki lekki) całe swoje pieniądze zarobione na handlu truskawkami i teraz oczekuje takich samych wskaźników w takim samym czasie.

Nieposłuszni asertywni działają. Zależnie od przełożonego kończy się to sukcesem lub klęską. To nie zależy od nich, a od niego właśnie.

Na wojnie nieposłusznego żołnierza można udekorować za pomysł lepszy od generalskiego. Można też go rozstrzelać za niesubordynację.

Kto zyskuje na nieposłuszeństwie pracownika?

Uruchomiono w naszej firmie maszynę, w którą włożono setki tysięcy franków. Miała być definitywną odpowiedzią na problemy jakości. Kiedy zauważyłem, że wręcz przeciwnie, najprawdopodobniej to ona właśnie powoduje kłopoty jakościowe, tyle że innej, bardziej niebezpiecznej natury, zacząłem drążyć temat. A był on politycznie niepoprawny jak każda opozycja wobec: patentu i dumy naszego koncernu, dużych zainwestowanych pieniędzy, publikacji w prasie branżowej. Dwa lata zbierania dowodów, ponad milion franków wydanych z przyzwoleniem szefa wydziału na badania pozwoliły mi jasno pokazać, że problem jest właśnie tam, gdzie podejrzewałem. Dyrekcja koncernu uznała mój wysiłek i upór, a maszynę wyłączono i zdemontowano. Firma ta jest dzisiaj liderem światowym w swym sektorze.

Do innej firmy zostałem złowiony na stanowisko szefa wydziału rozwoju wyrobów i błyskawicznie zauważyłem, że ewidentnie nabija się klientów w butelkę. Sprzedawcy, chcąc przyciągnąć klienta obiecywali mu gruszki na wierzbie. Wykonanie prototypu, na które potrzeba było minimum 3 miesiące intensywnej pracy obiecano np za miesiąc, a bywało i mniej. W wyniku klient dostawał zupełnie nieprzetestowaną skandaliczną niedoróbkę,. Równocześnie my nie mogliśmy stworzyć sobie żadnego przygotowania do ewentualnej produkcji. Powiedziałem stop jednemu sprzedawcy, potem drugiemu i trzeciemu. Przedstawiłem dyrekcji firmy całą sprawę i jasne propozycje rozwiązań. Cóż, dyrekcja była równie niemądra, jak sprzedawcy. Firma tak naprawdę zarabiała pieniądze na handlu surowcami, a działalność produkcyjna była postrzegana jako dodatek. Po ponad roku rozstaliśmy się. Firma po kilku latach została kupiona przez konkurencję i znikła w jej czeluściach.

Nieposłuszni asertywni mają rację! Są ogromną szansą dla prowadzących firmę, czasem największą i może ostatnią deską ratunku. Nieposłuszni są szczerze zainteresowani tym, co robią. Ich frustracja nie jest definitywna. Oni jeszcze w coś wierzą. Jeszcze.

W świecie, w którym bywa, że stan wypalenia dotyczy 25% kadry zarządzającej, a ponad 15% uznano za doprowadzonych przez pracę do depresji, brak posłuszeństwa staje się ostatnią bronią przed nadmiernym stresem, głupotą i rozpanoszeniem nie-kompetencji na szczeblach najwyższych.

Nieposłuszeństwo – to bicie na alarm

W ostatnim okresie kilkaset tysięcy młodych, zdolnych, inteligentnych i wykształconych Polaków ominęło okazję bycia nieposłusznymi w kraju. Niektórzy z nich nawet nie próbowali. Pewne sygnały były dla nich dostatecznie czytelne. Duża część tych wyjezdnych postanowiła spróbować bycia posłusznymi (lub nie) tam, gdzie uznali, że to jest jeszcze możliwe. Ich motyw  jest jasny: oni nie zamierzają pracować dla dzisiejszego polskiego szefa. Dzięki nim nasz rynek pracy wreszcie zaczął normalnieć, upodabniać do innych rynków w Unii. Wreszcie pracodawca zaczął panicznie myśleć nie tylko o tym, jak znaleźć wartościowego kandydata, ale też jak go utrzymać, jak w niego inwestować.

Chcę mieć nadzieje, że powrócą. Ale już teraz wiem, że tylko od nielicznych obecnie działających  szefów uzyskają w przyszłości to, czego będą oczekiwali. A oczekiwać będą szerokich kompetencji i u akcjonariusza i u przełożonych, a także spójnej i konsekwentnej polityki firmy opartej na wykorzystaniu zdolności i kompetencji każdego. Władza będzie tylko narzędziem skutecznego działania, a nie sposobem bycia. Będzie to firma ludzi ze wszech miar mądrych i rozsądnych – takich, których określamy mianem „w porządku”. Bo – po prostu – dla takich zawsze chce się pracować. Nasi nieposłuszni okażą nieposłuszeństwo zawsze wtedy, kiedy uznają, że dzieje się niedobrze. Będą wtedy wymagającym partnerem i wyzwaniem. No właśnie, oni potrafią być jedynie partnerem, nigdy mięsem armatnim.

Brak posłuszeństwa jest biciem na alarm. Nigdy nie wolno udawać, że go nie słyszymy!

Marek Sabela, inżynier metalurg, pracował w latach 80-tych w koncernie stalowym USINOR (obecnie ARCELOR MITTAL) w okresie jego restrukturyzacji, a w latach 90-tych stworzył dyrekcję zasobów ludzkich i komunikacji THOMSON POLKOLOR oraz był dyrektorem rozwoju kadry korporacji THOMSON.

Od lat, jako konsultant i Managing Partner MARK & LUCAS SARL jest doradcą i coachem wspomagającym szefów firm i zespoły dyrekcji w procesach doskonalenia organizacji oraz zarządzania zespołami ludzkimi, kompetencjami i talentami.

Marek wyznaje dewize: „Poprzez realizację siebie do doskonałości firmy”.

email: markluca@club-internet.fr

Pracownik nieposłuszny

Marek Sabela

Mam dylemat. Im więcej widzę przedsiębiorstw, im więcej szefów poznaję, tym częściej w mojej biednej głowie pojawia się pytanie: jak się to dzieje, że ludzie w ogóle chcą jeszcze dla kogokolwiek pracować?

Dlaczego dylemat? – zapytacie. Bo te firmy całkiem nieźle sobie radzą. Mają wyniki, raczej dobre. Bywa, że mają dobrą ocenę giełdowa. A wiec wszystko gra. Ale co z tymi ludźmi, skąd to posłuszeństwo, skoro wyglądają na działających wbrew własnej woli, czasem wbrew poczuciu własnej godności?

Dla pieniędzy – odpowiecie. Może macie rację. Może nie.

Niedawno mój przyjaciel, szef firmy rekrutacyjnej stwierdził, że chyba przyjdzie mu się prostytuować, żeby znaleźć jakichkolwiek kandydatów na stołki szefostwa. Ludzi nie ma. Jedni wyjechali. Inni zarabiają dużo i nie dadzą się ruszyć. Jeszcze inni pracują w takiej firmie, w której są traktowani jak ludzie, a gdzie indziej doświadczyli już traktowania innego, więc potrafią właściwie ocenić swoją sytuację. No właśnie – mamy całkiem dużo innych sposobów traktowania pracownika, absolutnie bez względu na szczebel jego stanowiska.

Dwa gatunki nieposłusznego pracownika

Przez lata nieposłusznymi byli zazwyczaj ci, którzy albo się już tacy urodzili, albo od dzieciństwa wpojono im tradycję walki o wolność naszą i waszą. To akurat w naszym polskim wydaniu wychodzi z grubsza na to samo. Jest ich u nas ciągle dość dużo, chyba więcej niż w innych krajach UE. Oni wiedzą lepiej i nikt im nie podskoczy. Oni są wyjątkowymi specami od czegośtam. Oni, jak się zawezmą, to założą związek zawodowy, bo przecież lepiej schować się za jakąś fasadą, niż wystawiać dziób do wiatru. Mogliby jeszcze dostać kataru. Taką już modę wyznają, bez względu na przemijające tendencje. Oni kochają zaczynać rozmowę od słów: «ja panu wytłumaczę jak to jest». Cokolwiek powiedzą, jest to absolutna, najbardziej obiektywna prawda, nie może być inaczej. Wyznają teorię spiskową, sami są zazwyczaj ofiarami jakichś systemów, zamierzeń i knowań. Oni są na nie. Nieposłuszeństwo jest ich dogmatem religijnym.

Ale mamy też coraz więcej inaczej nieposłusznych. Nieposłusznych asertywnych. Od kilku lat stanowią nieprzerwanie rosnącą falę w krajach rozwiniętych. U nas pojawili się niedawno.

Nieposłuszni asertywni mają dość pracy dla niepodzielnych władców, dla szefów, których natura nie wyposażyła w organ słuchu, dla zarządzających z wynikiem na jutro, dla firmy, która nie widzi niczego w swoim wnętrzu, ani poza nim, a jedynie modli się do świętego Wyniku Finansowego, do tzw. Bottom Line. Czują głęboki wstyd, kiedy nakazuje sie im wchodzić do łóżka dostawcom i wyciągać z nich wszelkie sekrety stanowiące o ich niezależności, unikalności i kosztach. Nie znoszą, kiedy ich firma uważa, że dostawcom tak naprawdę to płacić nie trzeba, jeśli tylko są zbyt słabi, żeby ostro walczyć o swoje. Nieposłuszni asertywni dostają wysypki, kiedy słyszą słowa: giełda, fundusz inwestycyjny, venture capital. Dostają skrętu kiszek, kiedy prowadzą produkcyjnego mastodonta, gdzie oszczędności kilku dolarów na tonie wsadu pozwalają osiągać milionowe zyski – i na nich należy skoncentrować wszystkie wysiłki, podczas gdy dyrekcja finansowa nakazuje im skupiać się na oszczędzaniu papieru toaletowego, spinaczy i innych mało znaczących materiałów. Mają szczerze dość szefa – właściciela firmy, który zainwestował w przemysł (wcale nie taki lekki) całe swoje pieniądze zarobione na handlu truskawkami i teraz oczekuje takich samych wskaźników w takim samym czasie.

Nieposłuszni asertywni działają. Zależnie od przełożonego kończy się to sukcesem lub klęską. To nie zależy od nich, a od niego właśnie.

Na wojnie nieposłusznego żołnierza można udekorować za pomysł lepszy od generalskiego. Można też go rozstrzelać za niesubordynację.

Kto zyskuje na nieposłuszeństwie pracownika?

Uruchomiono w naszej firmie maszynę, w którą włożono setki tysięcy franków. Miała być definitywną odpowiedzią na problemy jakości. Kiedy zauważyłem, że wręcz przeciwnie, najprawdopodobniej to ona właśnie powoduje kłopoty jakościowe, tyle że innej, bardziej niebezpiecznej natury, zacząłem drążyć temat. A był on politycznie niepoprawny jak każda opozycja wobec: patentu i dumy naszego koncernu, dużych zainwestowanych pieniędzy, publikacji w prasie branżowej. Dwa lata zbierania dowodów, ponad milion franków wydanych z przyzwoleniem szefa wydziału na badania pozwoliły mi jasno pokazać, że problem jest właśnie tam, gdzie podejrzewałem. Dyrekcja koncernu uznała mój wysiłek i upór, a maszynę wyłączono i zdemontowano. Firma ta jest dzisiaj liderem światowym w swym sektorze.

Do innej firmy zostałem złowiony na stanowisko szefa wydziału rozwoju wyrobów i błyskawicznie zauważyłem, że ewidentnie nabija się klientów w butelkę. Sprzedawcy, chcąc przyciągnąć klienta obiecywali mu gruszki na wierzbie. Wykonanie prototypu, na które potrzeba było minimum 3 miesiące intensywnej pracy obiecano np za miesiąc, a bywało i mniej. W wyniku klient dostawał zupełnie nieprzetestowaną skandaliczną niedoróbkę,. Równocześnie my nie mogliśmy stworzyć sobie żadnego przygotowania do ewentualnej produkcji. Powiedziałem stop jednemu sprzedawcy, potem drugiemu i trzeciemu. Przedstawiłem dyrekcji firmy całą sprawę i jasne propozycje rozwiązań. Cóż, dyrekcja była równie niemądra, jak sprzedawcy. Firma tak naprawdę zarabiała pieniądze na handlu surowcami, a działalność produkcyjna była postrzegana jako dodatek. Po ponad roku rozstaliśmy się. Firma po kilku latach została kupiona przez konkurencję i znikła w jej czeluściach.

Nieposłuszni asertywni mają rację! Są ogromną szansą dla prowadzących firmę, czasem największą i może ostatnią deską ratunku. Nieposłuszni są szczerze zainteresowani tym, co robią. Ich frustracja nie jest definitywna. Oni jeszcze w coś wierzą. Jeszcze.

W świecie, w którym bywa, że stan wypalenia dotyczy 25% kadry zarządzającej, a ponad 15% uznano za doprowadzonych przez pracę do depresji, brak posłuszeństwa staje się ostatnią bronią przed nadmiernym stresem, głupotą i rozpanoszeniem nie-kompetencji na szczeblach najwyższych.

Nieposłuszeństwo – to bicie na alarm

W ostatnim okresie kilkaset tysięcy młodych, zdolnych, inteligentnych i wykształconych Polaków ominęło okazję bycia nieposłusznymi w kraju. Niektórzy z nich nawet nie próbowali. Pewne sygnały były dla nich dostatecznie czytelne. Duża część tych wyjezdnych postanowiła spróbować bycia posłusznymi (lub nie) tam, gdzie uznali, że to jest jeszcze możliwe. Ich motyw jest jasny: oni nie zamierzają pracować dla dzisiejszego polskiego szefa. Dzięki nim nasz rynek pracy wreszcie zaczął normalnieć, upodabniać do innych rynków w Unii. Wreszcie pracodawca zaczął panicznie myśleć nie tylko o tym, jak znaleźć wartościowego kandydata, ale też jak go utrzymać, jak w niego inwestować.

Chcę mieć nadzieje, że powrócą. Ale już teraz wiem, że tylko od nielicznych obecnie działających szefów uzyskają w przyszłości to, czego będą oczekiwali. A oczekiwać będą szerokich kompetencji i u akcjonariusza i u przełożonych, a także spójnej i konsekwentnej polityki firmy opartej na wykorzystaniu zdolności i kompetencji każdego. Władza będzie tylko narzędziem skutecznego działania, a nie sposobem bycia. Będzie to firma ludzi ze wszech miar mądrych i

rozsądnych – takich, których określamy mianem „w porządku”. Bo – po prostu – dla takich zawsze chce się pracować. Nasi nieposłuszni okażą nieposłuszeństwo zawsze wtedy, kiedy uznają, że dzieje się niedobrze. Będą wtedy wymagającym partnerem i wyzwaniem. No właśnie, oni potrafią być jedynie partnerem, nigdy mięsem armatnim.

Brak posłuszeństwa jest biciem na alarm. Nigdy nie wolno udawać, że go nie słyszymy!

Marek Sabela, inżynier metalurg, pracował w latach 80-tych w koncernie stalowym USINOR (obecnie ARCELOR MITTAL) w okresie jego restrukturyzacji, a w latach 90-tych stworzył dyrekcję zasobów ludzkich i komunikacji THOMSON POLKOLOR oraz był dyrektorem rozwoju kadry korporacji THOMSON.

Od lat, jako konsultant i Managing Partner MARK & LUCAS SARL jest doradcą i coachem wspomagającym szefów firm i zespoły dyrekcji w procesach doskonalenia organizacji oraz zarządzania zespołami ludzkimi, kompetencjami i talentami.

Marek wyznaje dewize: „Poprzez realizację siebie do doskonałości firmy”.

email: markluca@club-internet.fr

Konkretyzacja polityki kierownictwa

Niezwykle efektywne narzędzie do określania instrumentów realizacji strategii przedsiębiorstwa – część metodologii Hoshin Kanri.

Hoshin Kanri to planowanie menedżerskie, którego metodologię ustalono w Japonii po praktycznych próbach wdrożenia Zarządzania Przez Cele (MBO). Od MBO różni się kilkoma ważnymi szczegółami, m. in. techniką pozwalającą uniknąć rywalizacji o zasoby i pętlami „sprzężenia zwrotnego”, dzięki którym obiektywizuje się ocenę osiągnięć i weryfikuje spójność planów operacyjnych z wytycznymi wyższego rzędu.

W jaki sposób zrealizować strategię przedsiębiorstwa, czy też zamierzenia kierownictwa? Oczywiście można ludziom kazać pracować szybciej, lepiej i mądrzej, ale wówczas nie ma gwarancji, że cele firmy zostaną osiągnięte. Można także zobowiązać kierowników każdego szczebla, aby określili swoje zadania na najbliższy rok, ale wówczas jest prawie pewne, że część ich celów będzie rozbieżna z celami właściciela albo firmy jako całości. Jak uniknąć tego, że część środków zostanie zmarnowana na realizację zadań niepotrzebnych albo wręcz szkodliwych?

Technika planowania prezentowana poniżej pozwala uniknąć większości wspomnianych niebezpieczeństw.

Nazwa techniki:

Konkretyzacja polityki kierownictwa (ang. Policy Deployment)

UWAGA: Czasem technika ta nazywana jest Hoshin Kanri albo Strategic Quality Planning. Tymczasem jest to tylko część metodologii Hoshin Kanri, a Strategic Quality Planning (obecnie szeroko reklamowane) ma zazwyczaj zakres szerszy lub nieco inny, niż Hoshin Kanri.

Opis postępowania

Na najwyższym szczeblu planowania dla każdego celu strategicznego określić:

a) kilka najwłaściwszych środków realizacji celu,

b) wartości docelowe, jakie trzeba osiągnąć w ciągu najbliższego roku stosując dany środek.

Na każdym szczeblu planowania oprócz najwyższego należy:

a) środki określone na wyższym szczeblu przyjąć jako cele,

b) określić kilka najwłaściwszych środków realizacji każdego celu,

c) określić wartości docelowe, jakie trzeba osiągnąć w ciągu najbliższego roku stosując dany środek.

Ilustracja

Schemat konkretyzacji polityki kierownictwa. Opr. A. Góralczyk na podstawie Takeshi Soeda.

Schemat konkretyzacji polityki kierownictwa. Opr. A. Góralczyk na podstawie Takeshi Soeda.

UWAGI

  1. Powyższy schemat ma ilustrować metodę „kaskadowego rozpisywania” planu, według zasady kluczowej dla tej techniki, że środki określone na wyższym szczeblu stają się celami na niższym szczeblu. Dla zwięzłości, schemat nie obejmuje więc szczebla najwyższego.
  2. Po prawej stronie każdego z przykładowych arkuszy zaznaczono osobę odpowiedzialną. Osoby te nie pełnią tu jednak funkcji kierowniczej, lecz są właścicielami (opiekunami) procesów. Należy bowiem bezwzględnie przestrzegać reguły, że konkretyzacją polityki zajmują się zespoły pracowników uczestniczących w całym procesie.
  3. Tymczasowo (póki nie ma tu pełnego materiału o Hoshin Kanri), patrz artykuł


Zastosowania:

Planowanie roczne.

Rachunkowość zarządcza – trzy miary wyników biznesowych

Rachunek wyników biznesowych nie służy jedynie do ich oceny, lecz ma sugerować kierunki polityki kierownictwa i monitorować ją.

Przedstawione poniżej trzy rachunki wyników biznesowych stanowią wsparcie dla trzech segmentów polityki kierownictwa firmy.

Na rysunkach kolorem zielonym oznaczono przychody ze sprzedaży, kolorem czerwonym obciążenie tych przychodów (w każdym z rachunków inaczej wydzielane i tylko pozycje, na które menedżerowie mają wpływ), a kolorem niebieskim przedmiot polityki kierownictwa.

Rachunek zysków i strat

Rys. 1

Schemat rachunku zysków i strat

Schemat rachunku zysków i strat.

UWAGI

Rachunek zysków i strat jest jedynym rachunkiem wyników biznesowych wynikającym bezpośrednio z danych tradycyjnej księgowości. W małych firmach rachunek bezpośrednio sugeruje kierunki zarządzania kosztami. W średnich i dużych firmach jednak ta bezpośredniość rodzi niebezpieczeństwo – skłania do mechanicznego „cięcia” kosztów. Tymczasem doświadczenie wskazuje, że w takich firmach rachunek zysków i strat może być jedynie narzędziem monitorowania kosztów. Natomiast aby wyznaczyć kierunki redukcji kosztów (strat), należy prowadzić bardziej szczegółowe analizy, np.:

  • rozważając, które koszty trzeba traktować jako finansowanie źródeł zysków,
  • analizując koszty, przychody i nadwyżki z poszczególnych produktów,
  • analizując koszty działań (tzw. rachunek ABC – Activity Base Costing),
  • analizując koszty obsługi różnych grup klientów,
  • analizując koszty procesów itp.

Rachunek marży brutto

Rys. 2

Schemat rachunku marży brutto.

Schemat rachunku marży brutto.

UWAGI

Rachunek marży brutto pokazuje nadwyżki z poszczególnych produktów, wskazuje zatem jaki program sprzedaży (asortyment) – przy uwzględnieniu ograniczeń zasobów oraz wymagań rynku – może dać największy zysk.

Rachunek wartości dodanej

Rys. 3

Schemat rachunku wartości dodanej.

Schemat rachunku wartości dodanej.

UWAGI

Rachunek wartości dodanej nie daje bezpośrednich wskazówek dla polityki kierownictwa, ale daje ważne informacje o konkurencyjności firmy oraz o „równowadze” w podziale efektów gospodarowania. Ponadto analiza ta prowadzona okresowo pozwala ocenić wartość niektórych decyzji strategicznych, jak np. redukcja płac w zamian za wzrost kosztów usług obcych. Natomiast analiza wartości dodanej wraz z analizą procesów tworzenia wartości dodanej (patrz rysunek poniżej) dają informacje o efektywności wykorzystania zasobów oraz przydają się przy wyznaczaniu celów programów poprawy działania firmy.

Rys. 3a

Tworzenie wartości dodanej w procesie.

Tworzenie wartości dodanej w procesie.

Na Rys. 3a w górnej części mamy uproszczony schemat procesu, na którym kółka oznaczają operacje (tworzące wartość dodaną), a trójkąty oznaczają zapasy. W dolnej części wykres cykl-koszt dla tego procesu (cykl odczytujemy w kierunku poziomym, koszt – na osi pionowej).